LEX Flex Wsparcie prawne i nowoczesny czat AI w elastycznej,
miesięcznej formule
Włącz wersję kontrastową
Zmień język strony
Prawo.pl

Dwie tragedie, dwie kary. Dlaczego Łukasz Ż. dostał 20 lat, a Sebastianowi M. grozi najwyżej 8?

Za śmierć jednego człowieka na Trasie Łazienkowskiej sąd wymierzył 20 lat więzienia. Za śmierć trzyosobowej rodziny na autostradzie A1 oskarżonemu grozi najwyżej osiem. Takie zestawienie budzi gniew i trudno się temu dziwić. Tyle że sąd w Piotrkowie Trybunalskim nie będzie miał tu wyboru – pisze adw. Karolina Pilawska, Pilawska Zorski Adwokaci.

Karolina Pilawska

Lipcowy wyrok w sprawie Łukasza Ż. wiele osób przyjęło z ulgą. Może po raz pierwszy od dawna ktoś, kto zabił na drodze, usłyszał karę, którą opinia publiczna uznała za adekwatną. W sprawie Sebastiana M. nastroje są odwrotne. Prokurator zażądał ośmiu lat, czyli maksimum, a w komentarzach i tak przeważa przekonanie, że to za mało. Rozumiem te emocje. Jako adwokat muszę jednak powiedzieć wprost, że różnica między tymi sprawami nie bierze się z tego, że jeden sąd był surowy, a drugi okaże się pobłażliwy. Bierze się z przepisów, które w obu sprawach są po prostu inne.

Czytaj: Zabójstwo drogowe, penalizacja wyścigów drogowych - projekt wkrótce w wykazie>>

Zabójstwo drogowe będzie nowym przestępstwem? MS rozważa zmianę przepisów>>

 

8 lat to sufit

Wypadek ze skutkiem śmiertelnym to w Kodeksie karnym art. 177 par. 2. Grozi za niego od sześciu miesięcy do ośmiu lat pozbawienia wolności. To przestępstwo nieumyślne co do skutku. Kierowca może świadomie łamać przepisy, ale nie chce niczyjej śmierci i się na nią nie godzi. Tym wypadek różni się od zabójstwa.

Wiele osób zaskakuje, że ta górna granica jest sztywna. Nie podnosi jej ani prędkość, ani liczba ofiar. Kierowca, który w terenie zabudowanym potrąci pieszego na pasach, i kierowca, który przy trzystu kilometrach na godzinę zabije całą rodzinę, odpowiadają z tego samego przepisu. Okoliczności przesądzą o tym, w którym miejscu widełek sąd umieści karę. Samych widełek nie przesuną.

Co przesądziło w sprawie Łukasza Ż.?

W nocy z 14 na 15 września 2024 r. Volkswagen prowadzony przez Łukasza Ż. uderzył na Trasie Łazienkowskiej w Forda. Zginął 37-letni mężczyzna, ranni zostali jego żona i dzieci. Według biegłych kierowca jechał około 227 km/h i miał we krwi od 1,1 do 1,4 promila. Po wypadku uciekł. Prowadził, choć według doniesień medialnych miał wtedy cztery prawomocne zakazy prowadzenia pojazdów, a piąty czekał na uprawomocnienie.

Kluczowy w tej sprawie okazał się art. 178 Kodeksu karnego. Jeżeli sprawca śmiertelnego wypadku był nietrzeźwy albo zbiegł z miejsca zdarzenia, od 1 października 2023 roku grozi mu od 5 do 20 lat. Łukasz Ż. spełnił obie przesłanki, a wypadek spowodował rok po zmianie przepisów. Na tym się jednak nie kończy. Prokuratura zarzuciła mu w tym samym czynie także złamanie sądowego zakazu prowadzenia pojazdów (art. 244 kk). Ponieważ chodzi o jedno zachowanie, karę wymierza się na podstawie najsurowszego przepisu, ale złamanie zakazu nie znika z wyroku. To okoliczność, która wprost obciąża sprawcę. Ważniejsze okazało się co innego. Łukasz Ż. był już wcześniej skazany i odsiedział karę za podobne umyślne przestępstwo, więc prokuratura zarzuciła mu działanie w warunkach recydywy (art. 64 par. 1 kk). Recydywa pozwala podnieść górną granicę kary o połowę. Zamiast dwudziestu lat groziło mu więc trzydzieści.

Sąd Rejonowy dla Warszawy-Śródmieścia w Warszawie wymierzył 20 lat, zgodnie z wnioskiem prokuratora, i orzekł dożywotni zakaz prowadzenia pojazdów. Wyrok jest nieprawomocny. Warto się nad tym zatrzymać. Gdyby Łukasz Ż. był trzeźwy i został na miejscu, punktem wyjścia byłby ten sam art. 177 par. 2, który stosuje się dziś wobec Sebastiana M. Nawet przy recydywie górna granica wyniosłaby dwanaście lat, a nie trzydzieści.

Ta sprawa pokazuje też problem, o którym mówi się za mało. Sądowy zakaz prowadzenia pojazdów w praktyce działa tylko wtedy, gdy ktoś go sprawdzi. Sprawca odbiera prawo jazdy, ale nie traci dostępu do samochodu, a sądy orzekające w kolejnych sprawach nie zawsze widzą wszystkie toczone wobec niego postępowania. Cztery zakazy nie powstrzymały Łukasza Ż. przed wejściem do samochodu tamtej nocy.

 

Dlaczego w sprawie z A1 zostaje art. 177 par. 2 k.k.?

16 września 2023 roku pod Piotrkowem Trybunalskim BMW uderzyło w Kię. Zginęli małżonkowie i ich pięcioletni syn. Biegłe ustalili, że BMW jechało od 315 do 329 km/h. Oskarżony nie przyznaje się do winy, a jego obrona kwestionuje opinie biegłych i wnosi o uniewinnienie. W tej sprawie nie ma żadnej z okoliczności, które uruchamiają art. 178. Kierowca był trzeźwy i nie oddalił się z miejsca wypadku. Jego późniejszy wyjazd do Zjednoczonych Emiratów Arabskich, skąd w maju 2025 roku sprowadzono go do Polski, oburza, ale w rozumieniu tego przepisu nie jest ucieczką z miejsca zdarzenia. Zostaje więc sam art. 177 par. 2 Kodeksu karnego. Prokurator zażądał ośmiu lat, a także piętnastoletniego zakazu prowadzenia pojazdów i 2,2 mln zł zadośćuczynienia dla rodzin. Wyrok ma zapaść 21 października. Do tego czasu Sebastiana M. chroni domniemanie niewinności i o tym też trzeba pamiętać.

8 lat to nie wszystko

Z perspektywy sali sądowej górna granica kary to tylko część obrazu. Sąd wymierza karę według stopnia winy i społecznej szkodliwości czynu. Jeśli prokuratura udowodni prędkość rzędu trzystu kilometrów na godzinę i trzy ofiary, trudno sobie wyobrazić okoliczności, które uzasadniałyby karę wyraźnie niższą od maksymalnej.

Realną dolegliwość wyroku buduje też to, co dzieje się obok samej kary. Sąd może zastrzec, że skazany wyjdzie warunkowo dopiero po odbyciu trzech czwartych kary, a nie po połowie. O to właśnie wniósł prokurator. Może orzec zakaz prowadzenia pojazdów nawet na piętnaście lat i zasądzić zadośćuczynienie bezpośrednio w wyroku karnym, bez osobnego procesu cywilnego.

Jest jeszcze jedna rzecz, o której rodziny ofiar często nie wiedzą. Jako osoby najbliższe zmarłych mogą działać w procesie jako oskarżyciele posiłkowi i mają prawo zaskarżyć wyrok także co do wysokości kary. To ma znaczenie praktyczne. Jeśli apelację wniesie wyłącznie obrona, sąd drugiej instancji nie może pogorszyć sytuacji oskarżonego. Kara może wtedy zostać tylko utrzymana albo złagodzona.

A może to było zabójstwo?

To pytanie pada po każdej takiej tragedii i nie jest bezpodstawne. Kodeks zna zabójstwo z zamiarem ewentualnym. Nie trzeba chcieć czyjejś śmierci, wystarczy ją przewidywać i się na nią godzić. Kara jest wtedy zupełnie inna: co najmniej dziesięć lat pozbawienia wolności. Sądy sięgają po tę kwalifikację w sprawach drogowych bardzo rzadko. Jednym z niewielu przykładów jest wyrok Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu z 19 grudnia 2017 roku (sygn. akt II AKa 281/17). Kierowca uciekający przed policją wjechał na czerwonym świetle na przejście dla pieszych z prędkością ponad 108 km/h i zabił pieszego. Sąd uznał, że był świadomy wysokiego prawdopodobieństwa tragedii i nic nie zrobił, żeby jej zapobiec. Częściej jednak takie oskarżenia upadają. W innej sprawie z Jeleniej Góry prokuratura zarzuciła uczestnikom wyścigu zabójstwo, a sąd skazał ich za wypadek i sprowadzenie niebezpieczeństwa katastrofy.

Problem leży w dowodach. Zamiar trzeba wykazać, a sądy od lat przyjmują, że odruchowe hamowanie czy szarpnięcie kierownicą tuż przed zderzeniem świadczy o tym, że kierowca na śmierć się nie godził. Zespół karnistów z Uniwersytetu Jagiellońskiego pod kierunkiem prof. Mikołaja Małeckiego przekonuje w „Państwie i Prawie”, że przy skrajnym łamaniu przepisów pytanie powinno brzmieć odwrotnie: nie czy to „aż” zabójstwo, ale czy to „tylko” wypadek. To głos, który warto potraktować poważnie. W sprawie Sebastiana M. prokuratura poszła jednak drogą wypadku i na tym opiera się cały proces.

Regularnie wraca też pomysł osobnego przestępstwa zabójstwa drogowego. Pod koniec 2024 roku posłowie złożyli projekt przewidujący od dwunastu lat do dożywocia dla pijanego kierowcy, który spowoduje śmierć „nie licząc się ze skutkami”. Karniści szybko wskazali, że taki kierowca odpowiadałby surowiej niż ktoś, kto przejechał człowieka celowo. W tym roku własną propozycję przedstawiło stowarzyszenie Alter Ego, z karą od dwóch do dwudziestu pięciu lat. Zwolennicy takich rozwiązań powołują się na Włochy, gdzie od 2016 roku obowiązuje omicidio stradale, a kara przy wielu ofiarach może sięgnąć osiemnastu lat.

Nie jestem przekonana, że potrzebujemy nowej nazwy. Polski ustawodawca poszedł w podobnym kierunku, tylko inną drogą. Zamiast tworzyć nowy typ zabójstwa, zaostrzył przepisy o wypadku. Za śmiertelny wypadek po alkoholu albo z ucieczką grozi dziś do dwudziestu lat, a dla przypadków naprawdę skrajnych pozostaje art. 148 i zamiar ewentualny. Brakowało jednego: odpowiedzi na brawurę trzeźwego kierowcy.

 

Prawo się zmieniło, ale nie dla tej sprawy

Tę lukę ustawodawca załatał dopiero w tym roku. Od 29 stycznia 2026 roku za śmiertelny wypadek spowodowany podczas nielegalnego wyścigu, w czasie rażąco niebezpiecznej jazdy albo mimo zakazu prowadzenia pojazdów grozi od roku do 10 lat. Trzeba jednak uczciwie powiedzieć, że sama prędkość nie wystarczy. Rażąco niebezpieczna jazda to w rozumieniu nowego art. 178d rażąco nadmierna prędkość połączona z rażącym naruszeniem innych zasad bezpieczeństwa i narażeniem ludzi na bezpośrednie niebezpieczeństwo. Każdy z tych elementów prokurator będzie musiał udowodnić.

Sebastiana M. te przepisy nie obejmą. Do czynu stosuje się prawo obowiązujące w chwili jego popełnienia, a surowsze przepisy nie działają wstecz. Wiem, że w tej sprawie ta zasada brzmi gorzko. Chroni jednak każdego z nas przed sytuacją, w której państwo zaostrza karę za coś, co już się wydarzyło, bo zmieniły się nastroje.

Do kogo kierować pretensje?

Poczucie, że 8 lat to za mało za śmierć trzech osób, jest zrozumiałe i sama nie zamierzam z nim polemizować. Warto jednak kierować je pod właściwy adres. Sąd w Piotrkowie Trybunalskim może wymierzyć karę tylko w granicach, które wyznaczył ustawodawca. Jeśli orzeknie osiem lat, wyczerpie wszystko, co prawo mu daje. Oczekiwania społeczne są sygnałem dla Sejmu, a nie dla sądu orzekającego w konkretnej sprawie. Zmiana ze stycznia pokazuje, że ten sygnał został usłyszany, choć za późno dla rodziny z A1. Czy dziesięć lat za śmierć spowodowaną brawurą to wystarczająca odpowiedź, ocenią dopiero pierwsze wyroki wydane na podstawie nowych przepisów.

Polecamy książki prawnicze

Przejdź do: Due diligence nieruchomości, Maciej Boryczko - otwiera się w nowym oknie
Nowość
Due diligence BORYCZKO RGB
8% Rabatu
Sprawdź
Cena promocyjna: 275,08 zł | Cena regularna: 299,00 zł
Najniższa cena w ostatnich 30 dniach: 224,25 zł