Za pracę z misją trzeba godnie płacić

Marek Wójcik ze Związku Miast Polskich niejednokrotnie upomina się o lepsze traktowanie przez rząd edukacji niepublicznej. Przy okazji artykułu o likwidacji małych szkół mówił dla Prawo.pl. - Skoro w Polsce nakłady na edukację są poniżej średniej europejskiej, szkoły niepubliczne mogą okazać się ratunkiem.  Jako samorząd dajemy im tylko subwencję, nie dokładamy tak jak do publicznych, np. 50 proc. Są badania mówiące, że co trzeci rodzic w Polsce chciałby, aby jego dziecko uczyło się w szkole niepublicznej. Dlaczego one nie miałyby być ważnym elementem systemu edukacji?

Bez pęt Karty Nauczyciela

Niby są „ważnym elementem”, a jednak otrzymują średnio 80 proc. subwencji na ucznia w porównaniu z placówkami publicznymi. W dużych miastach zawsze mogą ratować się podwyżką czesnego, na wsiach rodzice posyłający dzieci do szkół stowarzyszeniowych czesnego nie płacą.

Dyrektorzy warszawskich szkół niepublicznych niechętnie wypowiadają się na temat nauczycielskich podwyżek. Nawet wysokość czesnego, które niekiedy bywa widoczne na stronie www, w rozmowie z dziennikarzem jest tajemnicą. Po wielu próbach na rozmowę godzi się dyrektor, pod warunkiem, że jego nazwiska nie będzie w tekście, a szkołę opiszę w sposób nie pozwalający na jej identyfikację.  Kieruje on placówką, w której czesne waha się od 1550 zł do 2200 zł, w zależności od profilu klasy. W ubiegłym roku nauczyciele podwyżkę dostali, czesne niewiele poszło w górę (maksymalnie o 120 zł), również ze względu na skok kosztów utrzymania infrastruktury, czy przygotowanie podłoża do wdrożenia PPK. Nauczyciele w tej placówce zarabiają więcej niż „karciani” koledzy, bo obowiązuje ich 40 godzinny tydzień pracy.

Czytaj: Pensja nauczyciela powiązana z przeciętnym wynagrodzeniem? ZNP rusza z pracami>>
 

- Nie oznacza to wcale, że stoją 40 godzin przy tablicy – zapewnia anonimowo dyrektor szkoły niepublicznej. - U nas zarobki są zróżnicowane, uzależnione od nakładu pracy, jaki nauczyciel musi włożyć w nauczanie danego przedmiotu. Liczy się, oczywiście, doświadczenie i uzyskiwane wyniki. A nie tak jak w przypadku zatrudnienia zgodnie z Kartą Nauczyciela, wszystkim tyle samo. Z pełną świadomością stwierdzam, że oświata niepubliczna ma łatwiej. Nie chciałbym być dyrektorem szkoły publicznej, mimo że niejednokrotnie otrzymywałem takie propozycje – stwierdza dyrektor.

 


Miało tej szkoły nie być

Szkoła Podstawowa w Proszeniu im. Miry i Tadeusza Sygietyńskich, gmina Wolbórz, woj łódzkie, miała nie istnieć. Ale od 4 lat jest świetnie funkcjonującą placówką publiczną, stowarzyszeniową. Obecnie uczy się tu 70 dzieci. - Odnieśliśmy sukces, który nie byłby możliwy bez pomocy urzędu gminy i rodziców - mówi Iwona Czapla stojąca na czele stowarzyszenia. - Zaczynaliśmy od stanu: 26 uczniów w szkole, 12- w oddziale przedszkolnym. Gmina zwołała mieszkańców i dała alternatywę: albo szkołę uratujecie albo do likwidacji. No więc uratowaliśmy. Gmina sfinansowała modernizację i rozbudowę. Obecnie jest super – entuzjazmuje się Iwona  Czapla.

Ale początki nie były łatwe. Przy stowarzyszeniu została jedna młoda nauczycielka. Pustka, strach, czy będzie miał kto uczyć. - Teraz pracują u nas ci, którzy nie dawali nam szans na przetrwanie. Tymczasem przecież nie chciałam robić nauczycielom na złość, tylko pomóc ludziom ze wsi. Dla małych szkół jest szansa, gdy społeczność zechce pomagać. Ale to ciężki kawałek chleba – mówi Czapla.

 

Niepewność jutra

Ale nadal wcale łatwo nie jest. W ubiegłym roku np. radykalnie spadła dotacja dla oddziału przedszkolnego. Gdyby nie pomoc gminy, szkoła popłynęłaby z nurtem trudnego czasu dla oświaty.  Jako przedszkole otrzymaliby więcej pieniędzy. Na bieżący rok kalendarzowy gmina nie otrzymała jeszcze wskaźników odnośnie dotacji. A jak znowu spadnie? Na razie obowiązuje stawka ubiegłoroczna.

- Wzrosła płaca minimalna, a nasi nauczyciele są zatrudnieni z Kodeksu pracy, wzrosły zatem koszty utrzymania szkoły. Na szczęście, wzrosła też liczba dzieci. Jedno nawet dojeżdża do nas z miasta. Obecnie w naszej szkole nauczyciel kontraktowy zarabia nieco więcej niż gdyby był zatrudniony z Karty Nauczyciela - chwali się Iwona Czapla. - Niestety, ci z wyższym stopniem awansu zawodowego zarabiają mniej niż mieliby w oświacie publicznej. Różnicę najbardziej odczuwają nauczyciele dyplomowani.  Jednak mimo niższej pensji nie mamy problemu z pracownikami. Przychodzą do nas ludzie z pasją. Mają płatne za wakacje i za urlop, bo bardzo mi nie podoba się to, co robią niektóre stowarzyszenie, nie płacąc za te okresy i skazując nauczycieli na wegetację. Ostatnio zatrudniliśmy świetną matematyczkę. Mogła pracować w najlepszym liceum, wybrała nas. Pytam, dlaczego pani jest z nami? Bo u was rozwijam się. Poza tym mam 10 osób w klasie, a nie 36. Oczywiście, chciałabym, aby nasi nauczyciele zarabiali godnie. Płacę, ile mogę – mówi Czapla.

Cała wieś pracuje na sukces

Szkoła może pochwalić się dużymi  osiągnięciami dydaktycznymi w stylu: 82 proc. na egzaminie zewnętrznym z języka polskiego czy ostatnio dzieci pojechały do Łodzi na kolejny etap konkursu kuratoryjnego z fizyki. Wśród nich chłopiec, który fizyki jeszcze nie ma w planie lekcji.

- Pytam nauczycielkę: jak ty to zrobiłaś, że taki maluch wie tyle o fizyce. Im się chce siedzieć ze mną po lekcjach, mówi fizyczka. Ale dopadł nas problem dowozu dzieci na ten konkurs. Nikt z nas nie ma uprawnień do przewozu osób, nie mamy środka transportu. Pomogła nam staż pożarna. Ostatnio dostali samochód osobowy, a jeden ze strażaków ma odpowiednie uprawnienia. Zawiózł dzieciaki – mówi z zadowoleniem Czapla.

Oprócz dydaktyki szkoła w Proszeniu jest dobrze wyposażona. Ma sprzęty, o jakich nie śniło się dzieciom choćby z warszawskich szkół publicznych, np. maty do kodowania, klocki do programowania, roboty. Jakim cudem? Otóż stowarzyszenie bez przerwy aplikuje o granty europejskie, pisze z prośbami do różnych fundacji, banków, a ostatnio nawet do IKEI. To robota po nocach, wolontarystyczna.

- Wciąż mam godziny jako nauczyciel „karciany” w szkole publicznej, w której zresztą pracuję 24 lata, i w której zdobywałam wiedzę i umiejętności od najlepszych fachowców. Teraz chcę to wszystko przekazać młodemu pokoleniu. W stowarzyszeniu czuję się wolna, mogę więcej zrobić. Młodych nauczycieli dopinguję do szkoleń. Ostatnio jeden pojechał na programowanie. To się przekłada na wyniki dzieci. Jak się ludziom chce chcieć, nawet za mniejsze pieniądze świetnie pracują – podsumowuje Czapla.

Tylko czy za tak ciężką robotę nauczyciele ze szkół stowarzyszeniowych nie powinni być godnie nagradzani?