Do połowy wakacji była wielka cisza – można się było spodziewać, że zaowocuje burzą wywołaną przez rodziców. Ci, którzy mają dość zdalnej edukacji i braku rządowego wsparcia dla nauczycieli i szkół zwołali protest na 22 sierpnia. Zakładam się, że wczorajsze wystąpienie ministra edukacji Dariusza Piontkowskiego ich nie uspokoi.  

Czytaj: Piontkowski: Szkoły ruszą od 1 września>>

Protestować jednak powinni też ci, którzy są w grupie ryzyka i dla nich dobrze zorganizowana zdalna edukacja jest jedyną szansą na ochronę przed wirusem. Takiego zagrożenia jak będzie w szkołach od września nie ma nawet na weselach. Zbuntować powinni się także nauczyciele i samorządy. Nie chciałabym być teraz w skórze dyrektora, który musi przygotować hybrydowy plan lekcji  - oznacza większe koszty, zaangażowanie nauczycieli, chaos. MEN bowiem mówi: róbta co chceta, ciepła woda i mydło wystarczą, na nas nie liczcie - przedstawionej strategii powrotu do szkół inaczej ocenić nie można. 


Plan ministerstwa a covidowa rzeczywistość

- Czekając na konferencję o bezpiecznym powrocie dzieci do szkół, sprawdzajmy, czy jest tam ciepła woda i mydło - napisała Anna Zalewska, była minister edukacji, na Twitterze. I dodała: szanowni rodzice, pamiętajcie, że właścicielami budynków są z reguły samorządy. Chwilę później Dariusz Piontkowski, minister edukacji, całą odpowiedzialność za zorganizowanie pracy w czasie epidemii zrzucił na samorządy (organy prowadzące), dyrektorów szkół i szefów powiatowych sanepidów. To oni mają ustalić, kiedy nauka może odbywać się w szkole, kiedy zdalnie, a kiedy w sposób mieszany (hybrydowy).

Czytaj: Nowy rok szkolny w rygorze sanitarnym i raczej bez zajęć dodatkowych>>
 

Może nie byłoby to złe, gdybyśmy żyli w innym systemie prawnym. Po pierwsze może się okazać, że sanepid  - z jednej strony usytuowany w powiecie, z drugiej uzależniony od wojewody - we wprowadzaniu elastycznych form nauczania może być hamulcowym. Po drugie w Polsce choć za prowadzenie szkół odpowiada samorząd, to reguły gry narzuca państwo. To ono określa sztywne programy i plany nauczania oraz zasady wynagradzania i oceniania nauczycieli. Autonomia szkół jest niewielka, a zawód nauczyciel jest najbardziej regulowanym. I dla tak działającego systemu oświaty, gdy pewne jest, że jesienią zmierzymy się z drugą falą epidemii, na konferencji nie padły żadne konkretne propozycje organizacji nauki.

Według przedstawionego kalendarium spotkanie kuratorów z sanepidem MEN planuje na 17 sierpnia, swoje z kuratorami oświaty w sprawie organizacji szkół na 19 sierpnia, a kuratorów z dyrektorami między czwartkiem 20 a poniedziałkiem 31 sierpnia. W najlepszym wypadku samorządy i dyrektorzy mają na przygotowanie szkół 12 dni kalendarzowych, (8 roboczych),  w najgorszym zero.

Rodzice też są są w pułapce informacyjnej. Z jednej strony minister zdrowia mówi o potrzebie zaostrzenia obostrzeń, z drugiej jego rządowy kolega mówi, że w szkołach, w których bawi się i uczy więcej uczniów niż gości na największym weselu, będzie bezpiecznie. Rodzice, którzy uważają, że wirusa nie ma, i tak poślą dzieci na tradycyjne lekcje. Pozostałym słowa o tym, że mydło i woda, pozwolą zapobiec szkolnej epidemii, nie wystarczą.

Zalecenia GIS: unikanie dotykania oczu, nosa i ust przez uczniów, dezynfekowanie sprzętu w sali gimnastycznej po każdym dniu zajęć, a w miarę możliwości po każdej lekcji, ograniczenie kontaktu na lekcjach wf, udostępniania co drugiego boksu w szatni (sic!!!, gdy w niektórych szkołach brakuje boksów dla wszystkich), zachowanie 1,5 metrowego dystansu pomiędzy opiekunami odbierającymi dzieci uda się spełnić tylko złotej rybce - w praktyce są nie do zrealizowania.

Chapeau bas, że z najbardziej życzeniowych wytycznych – zachowanie dystansu między uczniami i limitu liczby uczniów na metr kwadratowy – GIS i MEN się wycofały, bo nie ma na to pieniędzy. Tyle, że statystyki zarażań są nieubłagalne – każdego dnia nowy rekord zarażonych, a do 1 września jeszcze 25 dni. Z tej perspektywy trafienie we wrześniu na ucznia czy nauczyciela z koronawirusem to nie ruletka, ale domniemanie graniczące z pewnością. Nasuwa się znowu casus wesel i słowa Jarosława Pinkasa: Wydawało nam się, że wesela będą bezpiecznie. Obawiam się, że za dwa i pół miesiące usłyszymy: wydawało nam się, że szkoły będą bezpieczne. Nie są więc, wracamy do nauki zdalnej, bo nie wierzę, że hybrydowy system, gdzie jedna klasa uczy się zdalnie, a druga z domu w tej samej szkole, się sprawdzi. Już po tygodniu szkoły ogarnie chaos, a rodziców poniosą nerwy, gdy okaże się, że dwoje dzieci zostaje w domu, a jedno idzie do szkoły. Gdy hybryda lub zdalne nauczanie obejmie szkoły - zdalne nauczanie tylko w czerwonych powiatach -  doprowadzi do nierówności - wykluczenia części uczniów z edukacji. Gdy w klasie, szkole pojawi się wirus, zaczną się prawdziwe schody. Kto do domu, kto zdalnie, czy nauczyciele mogą uczyć na kwarantannie?  Czy można byłoby go uniknąć? W jeden wieczór można przygotować lepszy plan od tego, który od tygodni tworzonego w zaciszu ministerialnych gabinetów.

Prosty plan działania dla szkół

Po pierwsze należałoby przygotować precyzyjne zasady oceniania i zdalnego nauczania dla uczniów klas 5-8 szkoły podstawowej i starszych. MEN powinien zadbać o powszechne szkolenia dla nauczycieli ze zdalnego nauczania, korzystania z chmury, tabletów graficznych, udostępniania swoich ekranów, ale także ekranów uczniów w czasie lekcji,  wyznaczenie profesjonalistów do wyszukania, a w razie potrzeby przygotowanie materiałów multimedialnych, unowocześnienie platformy e-podręczniki, wyposażenie w narzędzia szkół i uczniów, którzy nie mają dostępu do komputera czy szybkiego internetu, opracowanie dobrych praktyk, uporządkowanie programów przygotowanych przez TVP. Trzeba też zmienić program tak, aby obejmował obowiązkową naukę bezwzrokowego pisania na klawiaturze. Marzy mi się taki przewodnik po zdalnym nauczaniu. W zakładce zdalne lekcje na stronie MEN, powinny być dostępne: opisy wszystkich rekomendowanych aplikacji do e-learningu, tutoriale (filmik instruktażowe) podpowiadając jak prowadzić lekcje, na co zwracać uwagę, z czego korzystać. Za pośrednictwem ekranu można nawiązać z uczniami bezpośredni kontakt na którego brak wszyscy narzekają, trzeba tylko wiedzieć jak. Do rozważenia jest też wydanie rekomendacji w celu ujednolicenia używanych aplikacji, by ułatwić pracę nauczycielom, uczniom i ich rodzicom. Jedne są bezpłatne, inne niby niedrogie, ale potem generują koszty. Jedne umożliwiają śledzenie zmian w chmurze, podpinanie tabletów, inne nie. Jak jest, każdy może sprawdzić na stronie MEN.

Część tradycyjnych szkolnych lekcji powinna zostać poświęcona na nauczenie uczniów zdalnego nauczania, ustalenie zasad, bo nauki on-line nie unikniemy. Gdy wirus zmusi uczniów do zostania w domu, powinno zobowiązać się nauczycieli do prowadzenie zajęć ze szkół. Wówczas dyrekcja widziałaby, jak sobie radzą, w czym potrzebują pomocy. Łatwiej byłoby im zapewnić odpowiednie warunki i narzędzia pracy. Należałoby też ocenić, którzy nauczyciele radzą sobie ze zdalnym nauczaniem lepiej, a którzy powinni stać tylko przy tablicy lub w ogóle zrezygnować ze szkoły. Ale jak pisze na swoim blogu Jarosław Pytlak, dyrektor Zespołu Szkół STO na warszawskim Bemowie: po co nam te wszystkie fanaberie, skoro wracamy do normalnej nauki.

Po drugie, przy takim podejściu można przygotować precyzyjne wytyczne dla zerówkowiczów, uczniów klas I-III oraz czwartych, najtrudniej radzących sobie ze zdalna nauką. To młodszym dzieciom, rodzice musieli poświęcić najwięcej czasu, często jednocześnie pracując. Dlatego to one powinny mieć stworzone właściwe warunki do nauki w szkole w czasie zarazy, by jak najrzadziej dochodziło do sytuacji, że nagle rodzice w jednej szkole z dnia na dzień dowiadują się, że ich dzieci zostają w domu. Taki rodzic będzie bowiem złym pracownikiem, pierwszym do zwolnienia, i to nie ze swojej winy. Z kolei uczniowie czwartych klas, dla których zacznie się przygoda z wieloma nauczycielami i przedmiotami, też powinni pierwszego września mieć możliwość spotkania się w szkole. Gdyby edukację starszych uczniów przenieść do sieci, można byłoby młodszym zapewnić bezpieczne warunki. Byłoby to przynajmniej prostsze, a w wytycznych nie musiałby się pojawiać życzeniowe sformułowanie "w miarę możliwości". Łatwiej byłoby też zorganizować bezpieczną świetlicę dla tych dzieci, których rodzice muszą chodzić do pracy. Wówczas mydło, ciepła woda i wietrzenie mogłyby zadziałać.

Po trzecie, trzeba zorganizować naukę zdalną dla uczniów z grupy ryzyka, w której jest też część nauczycieli. Nie tylko ci starsi, ale walczący z rakiem, cukrzycą, stwardnieniem rozsianym czy innymi chorobami autoimmunologicznymi. Dla ich bezpieczeństwa, które gwarantuje konstytucja, od razu powinna zostać opracowana strategia nauczania i nauki on-line. Wakacje powinny być czasem na oszacowanie, ilu nauczycieli i uczniów nie może pojawić się w szkole (przed końcem roku były w niektórych szkołach ankiety na ten temat, więc dane powinny być), przygotowanie odpowiednich zmian w prawie i zorganizowanie dla nich szkoły w internecie na wysokim poziomie.

Co ciekawe Polska ma w tym doświadczenie. Mieszkający za granicą Polacy chwalili najpierw Libratus, a teraz Polonijkę, czyli szkołę która, oferuje ich dzieciom naukę on-line. Ponadto mamy Szkołę w Chmurze, która zapewne chętnie zaangażowałaby się w przeszkolenie szkół i nauczycieli (większości, także tych uczących w starszych klasach, którzy pracę domową zadają w Librusie, każą odsyłać mailem, nie wiedząc, że mogą mieć wszystko uporządkowane w Teamsach). Ci mogliby pokazać uczniom i ich rodzicom, jak można skutecznie uczyć się z domu. Ta wiedza zaprocentowałaby też w przyszłości, bo od cyfryzacji nie ma odwrotu. Z moich informacji wynika, że nikt ich jednak nie prosił o pomoc. Pozostaje też problem edukacji uczniów z niepełnosprawnościami - o nich wczoraj nie było ani słowa.

MEN ma inny plan. Świetnie podsumował go wspomniany już Jarosław Pytlak: sytuacja w szkołach jest dokładnie taka sama, jak przed wakacjami. Będziemy rzeźbić jak kto umie i modlić się o cuda.

Brak informacjo o tym, co nie zadziałało w szkołach od marca

Tyle, że cuda zdarzają się rzadko. Mogę się założyć, że najpóźniej w październiku dzieci, a w konsekwencji część rodziców zostanie w domach, z tymi samymi problemami, które mieli wiosną. Wielu uczniów w ogóle nie miało zdalnych lekcji, a komunikacja z nauczycielem ograniczała się do notatki w Librusie: zapisz temat lekcji, przeczytaj tekst na str. 89, zrób ćwiczenie ze strony 90. Wszystko objaśniać musieli rodzice. Znajomy informatyk przerobił więc zadania z synem z ósmej klasy, wyjaśnił mu wszystko, a syn wysłał je pani. W odpowiedzi przeczytał, że wynik się zgadza, ale metoda dojścia do niego - nie. Na szczęście ja nie miałam takich problemów, ale były inne. Jestem mamą dwóch córek, za chwilę jedna rozpocznie naukę w czwartej klasie, druga w szóstej. Co do zasady ich szkoła dobrze poradziła sobie z nauką od marca, i to mimo że jedna z córek dostała serię jedynek. Kilka uzasadnionych, reszta – nie. Z danego przedmiotu wyskakiwały w Librusie, jak grzyby po deszczu, co pięć minut w jeden wieczór. Wyprostowanie sytuacji zajęło mi tydzień! By ustalić, jakie prace domowe i gdzie wysyłała, musiałam sprawdzić Librusa, Outlooka, Gmaila i aplikacje na Teamsach. Jakby nie można było ustalić jednej metody komunikacji po wprowadzeniu Teamsów. To samo przeżywali znajomi rodzice. Zdarzało się, że ich dzieci – niektórzy mają więcej niż dwójkę – musieli jeszcze ogarniać Google Classroom, Zoom i parę innych programów, bo… każde dziecko miało zajęcia na innej platformie.

Tym, którzy nie mają dzieci, a mam wrażenie, że minister edukacji i jego podwładni o prawdziwych problemach szkół i rodziców, wiedzą niewiele, radzę sobie wyobrazić, że nagle, w ich pracy, każdy kierownik, współpracownik komunikuje się na innej platformie, nie ma w jednym kalendarzu zapisane, kiedy i o której są spotkania, do kiedy trzeba wykonać zadanie, trzeba to sprawdzać w pięciu miejscach. Nie ma jednej Jiry, ale pięć. Do tego mamy pod opieką nowego pracownika, czasami dwóch, trzech – odpowiednik pierwszo, drugo i trzecioklasisty, którego musimy nauczyć poruszać się w tym gąszczu komunikacyjnym, wysłać za niego maila (podając w tytule temat pracy domowej, klasę, termin oddania, co ułatwia potem wyszukiwanie), pomóc dodać załączniki, zrobić prezentację, zeskanować 12 fiszek, a nawet nagrać jak śpiewa firmową piosenkę.

Na marginesie – jedna z nauczycielek muzyki zażyczyła sobie, by dzieci przesyłały jej nagrania, jak śpiewają. Dostała ich tyle, że poczta i komputer odmówiły współpracy, a dzieci dwóch fajnych chłopaków mają z muzyki 4 choć chodzą do szkoły muzycznej. Już słyszę, jak nauczyciele krzyczą: STOP! Zostaliśmy z dnia na dzień postawieni w nowej rzeczywistości, nie mieliśmy przygotowania, sprzętu, szybkiego łącza, kompetencji, itp. Uczyliśmy się tak, jak rodzice. Pełna zgoda, bo skąd nauczyciel ma z dnia na dzień wiedzieć, jak ogarnąć komunikację mailową z setką uczniów i lekcje przez kamerkę. Tylko nam pracodawca nie płaci, za pracę na rzecz szkoły. I nie mam pretensji do nauczycieli, tylko właśnie do MEN, które nie potrafiło nic sensownego podpowiedzieć i nadal nie potrafi. Nie ma standaryzacji narzędzi, podpowiedzi, wskazówek, z czego i dlaczego korzystać. Od marca do czerwca niektórzy rodzice zaś po raz pierwszy mieli szansę zobaczyć, czego i jak uczą się ich dzieci. Wielu nauczycieli zdało egzamin, ale część puszczała im na swoim ekranie filmiki z You Tuba albo przez całą lekcję czytało podręcznik.

Rozumiem, że dla nauczycieli przejście na naukę zdalną było szokiem, że trudno było im zrozumieć, jak uczyć, jak się komunikować. Dlatego wakacje powinny być wykorzystane na szkolenia, przygotowanie dla nich materiałów – nie powinni tego robić sami, narzędzi pracy. Prywatna szkoła języka angielskiego, w ciągu dwóch tygodni tak zorganizowała zajęcia, że moje córki, nawet w wakacje chciały w nich uczestniczyć. MEN nie potrafi pomóc szkołom do dziś. Niektórzy mówią, że dobrze, bo same poradzą sobie lepiej. Niestety stracą na tym dzieci, bo są szkoły lepiej i gorzej zarządzane. Dlatego to resort powinien wypracować zasady organizacji nauki i nauczania on-line. A co słyszą od Stanisława Karczewskiego: Ci, którzy chcą, to się przygotują, a ci którzy chcą marudzić… Są nauczyciele przecież, którzy doskonale wiedzą, co trzeba robić i jak trzeba robić. Jakby mówił: idźcie, walczcie, a broń musicie najpierw zdobyć na wrogu, czyli naszych dzieciach.

We wrześniu ruszą więc szkoły, chroniące przed zarazą w "miarę możliwości"

Nie wątpię, że wszyscy rozwinęliśmy swoje kompetencje cyfrowe, czy jak to się nazywa w oficjalnym szkolnym żargonie TIK, technologie informacyjno-komunikacyjne. Pytanie, jakim kosztem, i czy władze mają mapę problemów i potrzeb. Z przekazu płynącego z Al. Szucha – przy tej ulicy mieści się gmach ministerstwa – wynika, że nie. A największy problem stanowi właśnie komunikacja i metodyka nauczania. W internecie uczy się inaczej niż przy tablicy. Nie wyobrażam sobie, że jeden nauczyciel prowadzi na zmianę zajęcia zdalne i tradycyjne. Do lekcji on-line trzeba się lepiej przygotować, bo trudniej jest nawiązać kontakt z uczniami siedzącymi po drugiej stronie ekranu, precyzyjniej komunikować, wyznaczać zadania.

Reasumując w zdalnym nauczaniu zorganizowanym przez publiczną szkołę zabrakło mi: ustalenia schematu komunikacyjnego, spotkania on-line dla rodziców z wyjaśnieniem zasad pracy, w tym oceniania, szkoleń z metodyki pracy dla nauczycieli, określenia standardów działania i wykorzystywanych narzędzi. A co według MEN nie działało, co należy poprawić, gdzie pomóc? Tego wciąż nie wiemy. Nie wiemy też, jak resort w szczegółach wyobraża sobie organizację pracy. Dowiemy się w drugiej połowie sierpnia, gdy plany lekcji powinny już być gotowe! A we wrześniu trafimy do przepełnionych szkół, chroniących przed zarazą w "miarę możliwości", głównie mydłem, ciepłą wodą i wietrzeniem. W efekcie szybciej niż myślimy powróci zdalne nauczanie. Tyle, że system wciąż nie będzie na nie gotowy, bo resort edukacji urządził sobie wakacje. Uznał, że na ogłoszeniu pospolitego ruszenia 1 września do szkół jego rola się kończy. A trudno nie zgodzić się z Janem Zamoyskim, że takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie”