Minister edukacji narodowej Dariusz Piontkowski, przy okazji zakończenia roku absolwentów liceów zapewniał, że nie ma problemów z ich ocenianiem i klasyfikacją, bo brali oni udział w zajęciach przez resztę roku szkolnego. Zalecał też, by podobnie nauczyciele podchodzili do oceniania pozostałych uczniów i brali pod uwagę ich aktywność w kształceniu na odległość.

MEN ogłosiło zasady zdalnego nauczania podczas epidemii>>

 

Możliwość oceniania w rozporządzeniu

W pierwszym tygodniu po zamknięciu szkół nie wiadomo było, czy oceny wystawione w czasie zdalnej pracy mogą być  brane pod uwagę przy klasyfikacji końcoworocznej. Wydane potem rozporządzenie sprecyzowało, że zdecyduje o tym dyrektor - nakładając na niego obowiązek uzgodnienia z nauczycielami, w jaki sposób będzie monitorowana i sprawdzana wiedza ucznia oraz jego postępy w nauce.

A ci do sprawy podchodzą różnie - pojawiły się nawet pomysły, by nie brać pod uwagę ocen wystawionych w czasie zdalnej nauki, a notę na koniec roku ustalić na podstawie ocen z poprzedniego roku i półrocza, a także sugestie, by w tym roku wszyscy uczniowie automatycznie dostali promocję do następnej klasy.

 


 

Automatyczna promocja do następnej klasy?

- Tak powiedział sam minister, podkreślając, że wszyscy uczniowie otrzymają promocję z klasy do klasy, choć zaraz zapewnił, że de facto zdecydują o tym nauczyciele - mówi Prawo.pl Krzysztof Baszczyński, wiceprezes ZNP.  - Uważam, że nie ma powodu, by wprowadzać automatyczną promocję, byłoby to niesprawiedliwe wobec uczniów, którzy ciężko pracowali w czasie pandemii. Byłoby to też ograniczanie autonomii nauczycieli. Zresztą mamy też oceny z półrocza, więc automatyczna promocja byłaby przepustką dla uczniów, którzy nie przykładali się do pracy przez cały rok - podkreśla. Jego zdaniem pandemia nie może stać się pretekstem do zwalniania ucznia z solidnej pracy.

 

Innego zdania jest natomiast Przemysław Staroń, nauczyciel i wykładowca, nominowany do Nauczycielskiego Nobla, Global Teacher Prize, doradca Kandydata na Prezydenta RP Szymona Hołowni ds. edukacji, który uważa, że nie należy pogłębiać traumy uczniów, którzy już wystarczająco ucierpieli w czasie pandemii.

-  Absolutnie uważam, że wszystkie dzieci powinny zostać sklasyfikowane i otrzymać promocję do następnej klasy. Pandemia zaskoczyła nas wszystkich i żaden obywatel - w tym także i przede wszystkim młody człowiek - nie może ponosić dodatkowych kosztów związanych z tą sytuacją. To nawet nie powinien być przedmiot dyskusji - to jest fundamentalna intuicja etyczna: robić wszystko, aby maksymalnie zmniejszać cierpienie, zwłaszcza gdy dotyczy to osób niewinnych. I naprawdę trzeba zrobić, co w naszej mocy, aby nie mnożyć traum - zgodnie z zasadą: primum non nocere. Pamiętajmy, że psychika dziecka jest delikatna niczym ciemiączko u noworodka. Musimy dbać o nią niesamowicie. Czasy, w których teraz żyjemy, są porównywalne z wojną, a jakoś nie wydaje mi się, by w '39 r. ktoś przejmował się klasyfikacją. Od początku postulowałem, by ministerstwo odeszło od obowiązku realizacji podstawy programowej. Nie chodzi mi oczywiście o to, aby kończyć rok szkolny w kwietniu, bo lekcje strukturyzują czas, a to daje poczucie bezpieczeństwa, ale można realizować zajęcia w sposób niewyczerpujący dzieci, rodziców i nauczycieli. Kluczowe jest towarzyszenie dziecku w tym trudnym czasie, bycie dla niego stałą przystanią, zajmowanie jego uwagi np. poprzez realizację ciekawych projektów - dodaje, podkreślając, że w  wizji edukacji, którą stworzyli z Szymonem Hołownią, wskazują na potrzebę zmian paradygmatu  edukacji także w tym aspekcie - Powtarzam nieustannie jak mantrę:  musimy na pierwszym miejscu postawić "doceniać" zamiast "oceniać" - mówi Staroń.

 

Jego zdaniem w tym roku wyjątkowo należy też odstąpić od wymogu osiągnięcia 30 proc. na egzaminie maturalnym, bo nawet, gdy ktoś uzyska 10 proc. na maturze, to rekrutacja na studia i tak to zweryfikuje.

 



 

Problem z nieobecnościami

Problemem może być również kwestia nieobecności, bo na zdalnych lekcjach trudno to weryfikować. Jak wynika z art. 44k ustawy o systemie oświaty, uczeń może nie być klasyfikowany z jednego, kilku albo wszystkich zajęć edukacyjnych, jeżeli brak jest podstaw do ustalenia śródrocznej lub rocznej oceny klasyfikacyjnej z powodu nieobecności na tych zajęciach przekraczającej połowę czasu przeznaczonego na te zajęcia,

 - Obowiązek sprawdzania obecności na zdalnych lekcjach to absurd. Zajmuje czas, a w praktyce i tak nie ma sensu, bo nie mogę empirycznie zweryfikować, czy dziecko jest obecne, albo czy np. ma problem z komputerem lub łączem, a może obawia się lub wstydzi czegoś, co dotyczy jego rodziny - tłumaczy Przemysław Staroń.

 

Poprawka na konsultacjach

Pewną szansą na zweryfikowanie wiedzy i osiągnięć mogą być konsultacje z nauczycielami. Od 25 maja ósmoklasiści i maturzyści, a od 1 czerwca także uczniowie klas programowo niższych mogą osobiście spotkać się z uczącymi ich pedagogami. Jak jednak zwraca uwagę ZNP, resort edukacji błędnie sformułował treść rozporządzenia, używając w stosunku do maturzystów pojęcia "uczniowie". - Maturzyści nie są już uczniami, a absolwentami, dlatego - choć w zaleceniach mówi się o tym, że mogą korzystać z konsultacji, to już niekoniecznie wynika to z rozporządzenia - mówi Krzysztof Baszczyński.

 

Podkreśla też, że nauczyciele powinni za konsultacje otrzymywać stawkę, jak za godziny ponadwymiarowe, bo obok tego obowiązku nadal będą realizować zdalne nauczanie- Podobnie zresztą jak nauczyciele klas 1-3, którzy będą prowadzić zajęcia opiekuńczo-wychowawcze, a potem w praktyce biec do domu, by prowadzić zdalne nauczanie - komentuje wiceprezes ZNP.