- Na matematyce zazwyczaj robiliśmy 3-4 zadania, teraz mam zrobić 8, nie dam rady. Tak jest z każdego przedmiotu. Chyba nauczyciele myślą, że to ich przedmiot jest najważniejszy. Poza tym miałem szczęście, że te pliki złapałem, bo w domu mamy internet radiowy. Wystarczy, że pada deszcz albo wieje wiatr i już po dobrym zasięgu – opowiada ósmoklasista z małej miejscowości w Małopolsce, który popłakał się na widok liczby zadań, które nauczyciele przekazali mu za pośrednictwem e-dziennika. - W dodatku już odbieram smsy, że z tego sprawdzian, z tamtego sprawdzian. A jak czegoś zwyczajnie nie rozumiem, to mama czy tata ma mi wytłumaczyć? Jest mi naprawdę ciężko - mówi.

Pańskie oko konia tuczy - część dyrektorów sceptyczna wobec pracy zdalnej>>

Co dyrektor, to patent na zdalne nauczanie

A problem to nie tylko nawał pracy, który spada na uczniów podczas przerwy w zajęciach. Pytań jest wiele, nie wiadomo choćby, jak oceniać prace zdalne? Czy rodzice mają przejąć część odpowiedzialności za realizację materiału i co z dziećmi z domów wykluczonych cyfrowo? I właściwie ile czasu uczniowie mają na to poświęcać w ciągu dnia?

 


 

- Moja córka nie dostaje ze szkoły zupełnie nic - denerwuje się Bogusław Śliwerski, profesor pedagogiki, mieszkaniec Łodzi. - Ja sobie dam radę, w końcu jestem światłym człowiekiem, ale co z resztą dzieci? Nasze kuratorium organizuje e-korepetycje dla maturzystów i uczniów klas ósmych. Pozostałe roczniki są zostawione same sobie. Większość dzieci ze szkół wiejskich jest odcięta od edukacji. A fala zachorowań dopiero przed nami, więc opóźnienia edukacyjne się skumulują. Ale tak właśnie kończy się scentralizowane, ręczne zarządzanie szkołą. Widać, że w społeczeństwie globalnym e-lerningiem w ten sposób rządzić się nie da. Teraz powinien być błyskawicznie działający sztab kryzysowy do e-edukacji. Tymczasem co robi MEN? Publikuje na swoich stronach adresy i linki, gdzie można znaleźć jakieś materiały. Żenuje mnie to – podsumowuje profesor.

Czytaj w LEX: Koronawirus - obowiązki dyrektorów, czas pracy i wynagradzanie nauczycieli i pracowników niepedagogicznych >

 

E-learning będzie uregulowany rozporządzeniem

Resort edukacji zapowiada, że postara się szybko przygotować przepisy, które jakoś uregulują kwestie związane z e-learningiem. Póki co daje dyrektorom wolną rękę, również w kwestii oceniania uczniów. - Za organizację pracy szkoły odpowiada dyrektor i to on decyduje o rozwiązaniach dotyczących pracy z uczniami podczas zawieszenia zajęć dydaktyczno-wychowawczych - mówi Anna Ostrowska, rzecznik Ministerstwa Edukacji Narodowej. - Dyrektor powinien ustalić tryb takiej pracy z nauczycielami i poinformować o nim rodziców, w tym również o tym, czy i jak prace będą ewentualnie oceniane. Zalecamy, aby w najbliższym czasie, kiedy w szkołach zawieszone są zajęcia, nauczyciele skupili się na utrwalaniu dotychczasowego materiału i powtarzaniu tego, co uczniowie mieli już na lekcjach - dodaje i odsyła do rekomendacji MEN w tej sprawie.

Rzeczniczka MEN tłumaczy, że na razie lekcje zawieszone są do 25 marca, ale jeżeli zajdzie taka potrzeba, przerwa potrwa dłużej. Decyzję resort podejmie po konsultacji z Ministerstwem Zdrowia i Głównym Inspektorem Sanitarnym. - W tej chwili skupiamy się na tym, aby wesprzeć nauczycieli i dyrektorów w zakresie rozwiązań dotyczących narzędzi i materiałów do zdalnej pracy z uczniami. Apelujemy do dyrektorów i nauczycieli o rozsądek oraz wyrozumiałość dla rodziców, bo wielu z nich również pracuje zdalnie. Ale przede wszystkim dbajmy o siebie i swoich najbliższych w tym trudnym dla nas wszystkich czasie - dodaje Anna Ostrowska.

Sprawdź w LEX: Czy dyrektor może odbyć zaplanowane wcześniej posiedzenie rady pedagogicznej jeżeli zostały zawieszone zajęcia dydaktyczne i wychowawcze z powodu epidemii koronawirusa? >  

Możliwości e-learningu można było wykorzystać wcześniej

- Już dawno powinny być nagrywane lekcje i wykłady z najlepszymi nauczycielami. Tymczasem nie jest to popularne nawet na uczelniach. Gdyby wcześniej były takie materiały, nie byłoby dzisiejszego chaosu. Szkoda, że o to nie zadbano. A teraz, gdy jest kryzys, jak science fiction brzmi prośba: nagrajmy wykład w studio. W szkołach nie ma pomieszczeń do tego celu, nie ma pracownika, który by to wszystko zgrywał i porządkował – wylicza profesor Stefan Kwiatkowski, wieloletni dyrektor IBE.

 


 

Część środowiska za kontrowersyjne uważa wykorzystywanie do pracy z uczniami własnego sprzętu. Tu z pomocą mogłaby przyjść Ogólnopolska Sieć Edukacyjna (OSE), ale w wielu miejscach jeszcze jej nie ma - rząd na zrealizowanie projektu ma czas do 2021 r.
- Akurat w mojej małej szkole stworzyłam infrastrukturę pod OSE i już mamy tę sieć, ale generalnie nie wygląda to różowo. Co do laptopów – pewnie, że nauczyciele nie powinni pracować na własnym sprzęcie, ale sytuacja jest tak gorąca, że niemożliwe, żeby zapewnić wszystkim sprzęt i internet. To, co aktualnie dzieje się, z pewnością wymusi wprowadzenie błyskawicznych zmian odnośnie nauczania on-line – tłumaczy Lidia Więckowska, dyrektorka Szkoły Podstawowej nr 391 w Warszawie. - Boimy się, że po zmianach rodzice zaczną wymuszać nauczanie on-line, gdy dziecko jest chore. Już teraz nie dowiadują się od kolegi czy koleżanki z klasy, co było na lekcjach, tylko kontaktują się w tej sprawie z nauczycielami przez dziennik elektroniczny. W naszej szkole ósme klasy będą miały normalne lekcje on-line. Do wczoraj zbieraliśmy zgody rodziców na utworzenie uczniom kont. Poszło szybko, bo jest niewielu uczniów, ale nie wiem, jak radzą sobie duże szkoły. W ten sposób zadbaliśmy o RODO. Bo teraz, gdy rodzice mają nóż na gardle, godzą się na wszystko, ale nie wiadomo, co im przyjdzie do głowy, gdy epidemia skończy się. Wolimy dmuchać na zimne - tłumaczy.

 

Trzeba też zadbać o samopoczucie uczniów

Marta Florkiewicz-Borkowska, Nauczycielka Roku 2017 z Pielgrzymowic w powiecie pszczyńskim nie dziwi się, że dzieci załamują się. - Nauczycielom zabrakło czasu, żeby pogadać z uczniami, uspokoić, dodać otuchy. Wszystko stało się nagle. Kiedy patrzę na moich uczniów ze strony psychologiczno-emocjonalnej, jestem przerażona brakiem podejmowania działań w tym kierunku. Z częścią siódmo- i ósmoklasistów mam kontakt na messengerze. Pytam: jak się czujecie, co słychać. Myślę, że potrzebują rozmowy, i to niekoniecznie o nauczanym przedmiocie. Niektórzy już się nudzą. Wyobraźmy sobie rodzinę z trojgiem dzieci na różnym poziomie edukacji, w domu jeden komputer i wysypujące się z dziennika elektronicznego zadania dla każdego - mówi. Dodaje, że nie ma fizycznej możliwości, żeby wszystkie dzieci odrobiły te zadania i to nawet, gdy dzieci mają dostęp do internetu, bo należy pamiętać, że nie dotyczy to wszystkich.

 


 

Nauczyciele też podchodzą do sprawy ze zrozumieniem. Gdy Ewa Radanowicz, dyrektorka szkoły w Radowie Małym, przekazała nauczycielom, że stracą pieniądze za nadgodziny usłyszała: to nic, najważniejsze, że pensja będzie. Ludzie na "śmieciówkach" nie mają takiego komfortu. Była zbudowana, bo w jej szkole nauczyciele mają średnio po 5-7 nadgodzin, w przypadku dyplomowanego jest to kwota 50 zł za godzinę.
- Nauczyciele mają dużą świadomość, że to wyjątkowa sytuacja, której nikt nie przewidział. Kiedy byłam w gminie na spotkaniu sztabu kryzysowego, zapytano, czy nauczyciele będą pełnić dyżury w sztabie. Naturalnie, że będą. Dla świadomych nauczycieli najważniejsze jest, żeby dzieci nie zarzucić setkami prac domowych. Chcemy też pokazać, jak radzić sobie ze stresem, napięciami mięśniowymi. Przesyłamy proste ćwiczenia niwelujące je. W lekturach szkolnych wyszukujemy fragmentów o duchowości człowieka. Będziemy publikować te fragmenty. Nie chcemy tworzyć nowej platformy, bo jest ich przerażająco dużo, by nie rzec, że jest kompletny chaos. Chcemy skupić się na wyszukaniu tych dobrych - mówi.