Uber pozwala być taksówkarzem, Airbnb hotelarzem, a Handy sprzątaczką, choć tak naprawdę użytkownicy wspomnianych serwisów nie wykonują tych zawodów w tradycyjnym tego słowa znaczeniu.

Pojęcie ekonomii na żądanie (on-demand economy) staje się coraz bardziej popularne w zagranicznych mediach. Na czym właściwie ona polega? Definiuje się ją jako aktywność gospodarczą firm działających w Internecie, które dostarczają produkty lub usługi w samym momencie zgłoszenia przez klienta zapotrzebowania na nie. 
 
Zobacz: Dochody z Uber są opodatkowane PIT

Na takiej zasadzie działa Uber, czyli twórca aplikacji mobilnej, która służy do zamawiania usług transportowych poprzez kojarzenie pasażerów korzystających z aplikacji z kierowcami współpracującymi z serwisem. Inna firma, Airbnb, stanowi platformę na której osoby prywatne wynajmują turystom swoje mieszkania (np. podczas nieobecności właścicieli), choć tak naprawdę nie prowadzą hotelu. Działające głównie w Stanach Zjednoczonych Handy, oferuje zaś usługi samozatrudnionych sprzątaczek, które są dostępne w momencie, gdy tylko klient wyrazi taką potrzebę. Wszystkie te, jak i wiele innych usług dostępnych w ramach ekonomii na żądanie już teraz bezpośrednio oddziałuje na rynek pracy. The New York Times pisze nawet o „uberyzacji zatrudnienia”. Na czym ona miałaby polegać? 

Ekonomia na żądanie zmienia cały rynek
Jeszcze jakiś czas temu dobra praca oznaczała pracę stabilną, nierzadko wykonywaną w jednym przedsiębiorstwie przez całe życie. Na Zachodzie rewolucja przemysłowa niewątpliwie wzmocniła pozycję pracowników, co przejawiało się m.in. w prawie do zrzeszania się w związki zawodowe czy w licznych przywilejach socjalnych, z ubezpieczeniem zdrowotnym i składkami emerytalnymi na czele. 

Jednak wraz z nadejściem ery komunikacji i informacji, wielkie, hierarchicznie zbudowane organizacje nie były już w stanie szybko reagować na zmiany rynkowe, więc musiały przedefiniować zasady swojego funkcjonowania. Również dla jednostek bycie lojalnym pracownikiem przestało oznaczać gwarancję stabilnej pracy z dobrymi benefitami. Począwszy od lat 70. XX wieku praca w przemyśle została zautomatyzowana lub była outsourcowana za granicę, a wielkie firmy zerwały z ideą jednej pracy na całe życie. Na popularności zaczęły zyskiwać nowe formy zatrudnienia – praca tymczasowa, na niepełny etat czy wykonywana zdalnie. 

Dlatego też to, co The Economist nazywa ekonomią na żądanie, musiało się w szybki sposób upowszechnić. Firmy działające na jej zasadach, za pomocą serwisów internetowych i aplikacji mobilnych, łączą potrzeby klientów oraz dostawców dóbr i usług w jak najbardziej efektywny sposób. Ich sukces tkwi w wyjątkowo niskich kosztach transakcji – firmy takie właściwie nie zatrudniają pracowników etatowych, lecz udostępniają usługi freelancerskie. A poprzez łatwą dostępność do internetowych wolnych strzelców, wspomniane koszty transakcji i koordynacji znacznie się obniżają. Konsekwencją tego jest dekompozycja organizacyjna oraz fragmentaryzacja przedsiębiorstw na coraz mniejsze podmioty, a nawet na pojedyncze jednostki, które wykonują wyspecjalizowane usługi. 
 
Wszechobecna komunikacja, łatwa dostępność do rzeszy freelancerów oraz niskie koszty transakcji powodują rozrost firm na żądanie, których celem jest działanie na takich samych zasadach co Uber czy Airbnb, tylko na nowych, jeszcze niewykorzystanych rynkach. Jak na razie firmy na żądanie działają głównie w trzech segmentach rynku: spożywczym, transportowym i nieruchomości. Jednak na Zachodzie coraz większą popularnością zaczynają także się cieszyć chociażby usługi prawnicze. Rozrost ekonomii na żądanie jest doskonale widoczny na przykładzie Stanów Zjednoczonych. Inwestycje Venture Capital w młode firmy, które funkcjonują w jej ramach, w ostatnim czasie skoczyły o 514% (!). W 2013 roku w USA finansowanie start-upów na żądanie wyniosło 672 mln dolarów, w 2014 roku już 4,124 mld dolarów, a tylko w I kwartale 2015 roku aż 3,785 mld dolarów. Rozwój technologii informacyjnych ma więc olbrzymi wpływ na funkcjonowanie firm – w organizowaniu ich struktury, a także w przepływie dóbr i usług w gospodarce. 
 
Ekonomia na żądanie to utopia? 
Bez wątpienia model biznesowy oparty na założeniach ekonomii na żądanie ma swoje plusy. Dla firm jest to cięcie kosztów. Dla ludzi – znalezienie płatnego zajęcia, które można traktować jako dodatkowe, ale znajdują się i tacy (zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych), którzy z pracy na żądanie uczynili swoje główne źródło dochodów. Oferowanie usług w tego typu serwisach z pewnością jest korzystne dla osób, które ponad stabilność pracy, cenią sobie jej elastyczność – dla studentów, podróżników czy młodych matek. Jednak w tym entuzjazmie trzeba być ostrożnym. 
The Economist wymienia szereg problemów, które wiążą się z upowszechnieniem ekonomii na żądanie. Pierwszym z nich jest kwestia wizerunku. Firmy ekonomii na żądanie muszą przykładać do niego szczególną wagę, ponieważ główną siłą, która je napędza jest kwestia zaufania. Nikt rozsądny nie powierzy przecież swojego mieszkania ekipie sprzątającej, która kradnie. Jest też druga strona medalu – zleceniobiorcy także nie mogą nie ufać zleceniodawcom, muszą bowiem mieć pewność, że otrzymają wynagrodzenie za wykonanie danej usługi, zwłaszcza że zarobki w takiej formie przestają być regularne. 

Kolejną trudnością jest utrzymanie świadczonych usług na wysokim poziomie. Zważywszy na to, że głównym założeniem ekonomii na żądanie jest utrzymanie jak najniższych kosztów, często odbija się to na jakości oferowanych usług. Trudno jest bowiem zarządzać, motywować do pracy czy szkolić freelancerów. Nasuwa się tu przykład amerykańskiego serwisu MyClean, który odkrył, że klienci oceniają dużo lepiej pracę wykonaną przez pracowników etatowych niż przez wolnych strzelców.
 

Firmy ekonomii na żądanie zmagają się również z problemem obowiązujących regulacji prawnych. Dobrym przykładem jest wyrok kalifornijskiego sądu w sprawie Ubera, który nie spełnił wymagań stawianych tradycyjnym firmom transportowym – nie przekazał do Kalifornijskiej Komisji Komunikacji informacji na temat liczby wypadków drogowych użytkowników serwisu. Nie zadbał również o przystosowanie pojazdów dla osób niepełnosprawnych. Z tych powodów Uber otrzymał grzywnę w wysokości 7,3 mln dolarów. Istnieje również groźba, że usługi serwisu zostaną zakazane w tym stanie, co zresztą miało wcześniej miejsce m.in. we Francji, Niemczech czy Hiszpanii. Delegalizację serwisu w europejskich miastach poprzedzały także liczne strajki taksówkarzy, którzy skarżyli się, że działalność Ubera nie jest dostatecznie regulowana. Oznacza to, że duże grupy zawodowe traktują usługi na żądanie jako zagrożenie swoich interesów. Niedopasowanie zasad, które rządzą ekonomią na żądanie z zasadami prawnymi ma także negatywny skutek z punktu widzenia funkcjonowania państwa. Chodzi o rozrost szarej strefy. Część użytkowników serwisów tego typu nie wie, lub też świadomie nie chce płacić podatków za oferowanie swoich usług. 

Inną sprawą jest zasięg firm ekonomii na żądanie. Jak wskazuje The Economist, na firmy tego typu oddziałuje tzw. efekt sieciowy, który polega na tym, że konsumenci danej usługi odnoszą korzyści, gdy zwiększa się liczba jej nowych użytkowników. Nie jest jednak prosto osiągnąć ten efekt w sytuacji, gdy bariery wejścia na rynek są niewielkie, a więzi łączące firmę z wolnymi strzelcami praktycznie nie istnieją. Jak się okazuje, w Stanach Zjednoczonych większość kierowców Ubera świadczy również usługi w ramach konkurencyjnego serwisu Lyft. Z drugiej strony, część klientów serwisów na żądanie ceni sobie ich niszowość. W momencie, gdy stają się zbyt popularne, część starych klientów przestaje z nich korzystać, gdyż paradoksalnie usługi te przestają być dla nich modne, tak jak dzieje się to w przypadku amerykańskiego SpoonRocket, serwisu dostawy żywności. 

Co nas czeka?

Firmy na żądanie łączą potrzeby dwóch grup: bogatych, którym brakuje zasobów by wcielić jakiś plan w życie i biedniejszych, którzy potrafią daną usługę wykonać w błyskawicznym tempie. Dlatego ekonomia na żądanie rzeczywiście może pozytywnie wpływać na sytuację osób, które w czasach kryzysu nie do końca radzą sobie na rynku pracy.

Jest też druga strona medalu. Zasady rządzące ekonomią na żądanie bez wątpienia wpisują się w trend redukowania tradycyjnie rozumianych praw pracowniczych. Wolni strzelcy nie mogą przecież cieszyć się płatnymi urlopami, zwolnieniami chorobowymi czy płacą za nadgodziny. Stanowi to również wyzwanie dla władz, które muszą dostosować obecnie funkcjonujące prawo do zasad ekonomii na żądanie. 

Ekonomia na żądanie będzie również pogłębiała konieczność wzmożonego samokształcenia się uczestników rynku pracy. Szkolenia organizowane przez tradycyjnie rozumianych pracodawców nie są już bowiem wystarczające. Samodzielność w doskonaleniu swoich umiejętności jest koniecznością, by nadążać za potrzebami rynku.

Źródło: Sedlak & Sedlak, Autor: Marta Kowalówka