1920x60_lex_testy_x_2025
Włącz wersję kontrastową
Zmień język strony
Włącz wersję kontrastową
Zmień język strony
Prawo.pl

Czy potrzebujemy „LEK-u dla prawników"? O standaryzacji jakości kształcenia i realnych kompetencjach absolwentów prawa

Tak naprawdę pytanie nie brzmi czy „LEK dla prawników" jest możliwy. Pytanie brzmi, czy mamy dość odwagi, by przyznać, że obecny model (w którym formalna równość dyplomu przesłania realną różnicę kompetencji) nie jest już modelem neutralnym. Jest modelem, który w dłuższej perspektywie osłabia profesjonalizm - wskazuje prof. Grzegorz Krawiec z Uniwersytetu Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie.

Czy potrzebujemy „LEK-u dla prawników"? O standaryzacji jakości kształcenia i realnych kompetencjach absolwentów prawa

W polskim systemie szkolnictwa wyższego i dostępu do zawodów prawniczych od lat obserwujemy zjawisko, które na pierwszy rzut oka wygląda jak przejaw egalitaryzmu, ale w praktyce generuje poważne konsekwencje dla jakości usług prawnych i zaufania do prawa jako takiego. Mam na myśli sytuację, w której każdy absolwent jednolitych studiów magisterskich na kierunku prawo (niezależnie od tego, czy ukończył uczelnię o wysokich wymaganiach, rozbudowanej kadrze i rygorystycznych metodach weryfikacji, czy też placówkę, w której standardy są znacznie niższe) otrzymuje formalnie taki sam dyplom i taki sam status.

 

Fikcja równości dyplomów

Oczywiście, samo ukończenie studiów prawniczych nie daje jeszcze uprawnień do wykonywania niektórych zawodów regulowanych. Jednak dyplom magistra prawa pozostaje istotnym „biletem wstępu" do wielu ścieżek zawodowych: do aplikacji, do administracji publicznej, do sektora prywatnego, do pracy w instytucjach ochrony prawnej, do obsługi prawnej przedsiębiorstw, ale także do wykonywania licznych czynności quasiprawniczych. Problem polega na tym, że rynek i państwo traktują ten dyplom jako w miarę porównywalny, podczas gdy w rzeczywistości jego „wartość" bywa różna (czasem nawet skrajnie różna).

To rodzi pytanie: czy nie powinniśmy rozważyć wprowadzenia państwowego, standaryzowanego egzaminu końcowego dla absolwentów prawa, na wzór Lekarskiego Egzaminu Końcowego? Taki prawniczy "Egzamin Kompetencji Prawniczych", „Państwowy Egzamin Prawniczy", „Egzamin Końcowy Prawniczy". Nie chodzi o prostą kalkę z medycyny, albowiem prawo jest inną dziedziną. Chodzi o mechanizm, który miałby podobną funkcję: obiektywizować i porównywać poziom przygotowania absolwentów, niezależnie od uczelni.

Prawo jako zawód zaufania publicznego

W debacie o jakości kształcenia prawniczego często ucieka nam rzecz podstawowa: prawo jest zawodem zaufania publicznego, nawet jeśli nie każdy prawnik jest przedstawicielem korporacji zawodowej. Absolwent prawa (nawet bez aplikacji) bywa doradcą, pracownikiem administracji, osobą redagującą projekty umów, pism, regulaminów, opinii. W obrocie gospodarczym i społecznym to właśnie tacy prawnicy często „robią prawo" w firmach, urzędach, uczelniach, organizacjach pozarządowych itd.

Jeżeli więc system wytwarza sytuację, w której różnica jakości kształcenia jest maskowana formalną równoważnością dyplomu, to koszty tej fikcji ponoszą nie tylko pracodawcy. Ponosi je obywatel, bo jakość obsługi prawnej przekłada się m.in. na jakość ochrony praw jednostki, poprawność postępowań administracyjnych i sądowych, poziom zgodności działań instytucji z prawem, a ostatecznie na poziom zaufania do państwa i prawa.

Nie chodzi o to, by deprecjonować absolwentów jakichkolwiek uczelni. Chodzi o to, że państwo ma prawo i obowiązek interesować się tym, czy osoba legitymująca się dyplomem prawa posiada minimalny, rzeczywisty poziom kompetencji, które uzasadniają społeczne oczekiwanie profesjonalizmu.

Dwie ścieżki kształcenia?

LEK w medycynie pełni funkcję nie tylko „testu wiedzy". Jest również narzędziem porównywalności i rankingowania w dostępie do kolejnych etapów rozwoju zawodowego, przede wszystkim do specjalizacji. Nikt rozsądny nie twierdzi, że test wielokrotnego wyboru zastępuje praktykę kliniczną, ale nikt też nie neguje, że w warunkach masowego kształcenia stanowi on uczciwy i transparentny mechanizm selekcji.

Analogiczny egzamin w naukach prawnych mógłby, jak się wydaje, spełniać trzy podstawowe cele:

  1. weryfikacja minimalnego standardu kompetencji po zakończeniu studiów,
  2. porównywalność absolwentów niezależnie od uczelni i trybu studiowania,
  3. stworzenie podstaw do racjonalnych zachęt i ułatwień w dostępie do dalszych ścieżek zawodowych (aplikacje, KSSiP, administracja itd.).

Warto zauważyć, że dziś i tak istnieją mechanizmy selekcji: egzaminy wstępne na aplikacje, konkursy do KSSiP, rekrutacje w administracji. Problem w tym, że są to mechanizmy rozproszone, niejednolite, a często też oderwane od tego, co powinno być rdzeniem kompetencji prawniczej.

Nie jestem zwolennikiem tworzenia egzaminu „dla samego egzaminu". Nie potrzebujemy kolejnej bariery biurokratycznej. Natomiast uważam, że warto rozważyć model, w którym po ukończeniu studiów prawniczych absolwent ma dwie ścieżki:

  1. ścieżka podstawowa, gdzie dyplom magistra prawa uznawany jest jako potwierdzenie ukończenia studiów i możliwość wykonywania pracy w szeroko rozumianym sektorze prawnym, ale bez dodatkowych preferencji;
  2. ścieżka potwierdzona egzaminem państwowym: absolwent, który zdałby ogólnopolski „egzamin standaryzowany", uzyskiwałby status „prawnika z egzaminem państwowym" / „prawnika licencjonowanego" / „prawnika certyfikowanego", „prawnika kwalifikowanego" (nazwy techniczne, do dopracowania), co dawałoby mu konkretne korzyści w dalszych procedurach dostępu do zawodów i instytucji.

Nie byłoby to więc odebranie komukolwiek dyplomu ani praw nabytych. To byłby raczej mechanizm dodatkowej, obiektywnej certyfikacji, która ma znaczenie na rynku i w procedurach publicznych.

Ochrona praw nabytych: kwestia konstytucyjna

Wprowadzenie dwutorowego modelu, tj. rozróżnienia pomiędzy „ścieżką podstawową" (dyplom magistra prawa) a „ścieżką potwierdzoną egzaminem państwowym", rodzi pytanie, którego nie da się pominąć, jeśli traktujemy poważnie standardy państwa prawa: co z osobami, które ukończyły studia prawnicze przed wejściem w życie nowych przepisów? Innymi słowy: czy nowy egzamin powinien obejmować wyłącznie nowych absolwentów, czy także tych, którzy już dyplom posiadają?

Nie jest to wyłącznie problem techniczny. To kwestia o charakterze konstytucyjnym, aksjologicznym i praktycznym, bo dotyka jednocześnie: zasady ochrony praw nabytych, zaufania obywatela do państwa, równości wobec prawa, a także racjonalności i wykonalności reformy. W mojej ocenie punktem wyjścia powinna być reguła prosta: nowe wymogi nie powinny działać wstecz.

Absolwenci prawa, którzy ukończyli studia w określonym stanie prawnym, podejmowali decyzje życiowe w zaufaniu do tego, jakie konsekwencje prawne ma dyplom magistra. Państwo, zmieniając reguły gry, nie powinno po latach tworzyć sytuacji, w której ich status jest deprecjonowany lub warunkowany spełnieniem nowego kryterium. Oczywiście można powiedzieć: „to nie odebranie uprawnień, tylko stworzenie dodatkowego statusu". Ale w realiach społecznych i rynkowych samo pojawienie się kategorii „prawnika z egzaminem państwowym" mogłoby wywołać efekt uboczny w postaci symbolicznej degradacji tych, którzy egzaminu nie mają, mimo że ukończyli studia wcześniej i przez lata wykonywali pracę prawniczą.

Dlatego uważam, że jeśli w ogóle wprowadzamy model dwutorowy, to musi on być osadzony w logice: nowe reguły dla nowych roczników, a dotychczasowy stan powinien być chroniony przepisami przejściowymi. W przeciwnym razie reforma mogłaby być postrzegana jako próba „zmiany kwalifikacji ex post", co jest rozwiązaniem ryzykownym i społecznie konfliktogennym.

Realne konsekwencje: preferencje i punkty

Wracając do istoty egzaminu, wskazać można, iż jeżeli taki egzamin ma mieć sens, nie może być jedynie „ładnym papierem". Musi dawać realne konsekwencje. Możliwe rozwiązania to:

  1. Preferencje w egzaminach na aplikacje: najprostszy model – część testowa egzaminu państwowego mogłaby być uznawana za równoważną z testem wstępnym na aplikacje (albo stanowić podstawę do zwolnienia z części testowej). Wówczas egzamin na aplikację mógłby koncentrować się bardziej na zadaniach praktycznych lub kazusach.
  2. Punkty rankingowe do KSSiP: egzamin państwowy mógłby działać jako narzędzie rankingowe, podobnie jak LEK w dostępie do specjalizacji. KSSiP jest instytucją państwową, a więc państwo ma prawo kształtować kryteria naboru w sposób maksymalnie obiektywny i porównywalny.
  3. Preferencje w rekrutacji do administracji publicznej: w służbie cywilnej i szerzej w administracji mamy liczne stanowiska, gdzie prawo jest rdzeniem kompetencji. Wynik egzaminu mógłby być elementem punktowanym w konkursach.
  4. Sygnalizacja jakości na rynku prywatnym: nie oszukujmy się – pracodawcy i tak różnicują kandydatów według uczelni, praktyk, doświadczeń. Egzamin państwowy dawałby dodatkowy, obiektywny sygnał kompetencji, zwłaszcza dla osób spoza największych ośrodków akademickich.

Autonomia uczelni nie jest ucieczką od jakości

Pamiętać jednak należy, iż egzamin prawniczy nie może być „encyklopedyczny", bo prawo jest ogromne i nieustannie się zmienia. Jeśli będzie polegał on na pamięciowym odtwarzaniu przepisów, to będzie premiował trening testowy, będzie podatny na przypadkowość, nie będzie mierzył tego, co najważniejsze.

Dlatego egzamin powinien być zaprojektowany jako sprawdzian kompetencji prawniczej, a nie wyłącznie wiedzy. W moim przekonaniu trzon powinien obejmować:

  • umiejętność rozumienia i wykładni tekstu prawnego (język, system, cel),
  • identyfikację problemu prawnego i dobór właściwej podstawy prawnej,
  • subsumpcję (czyli poprawne zastosowanie normy do stanu faktycznego),
  • argumentację i uzasadnianie stanowiska,
  • podstawy etyki i odpowiedzialności zawodowej (kwestia etyki w obecnych czasach liczy się coraz bardziej; warto więc, by była elementem takiego egzaminu).

Możliwy byłby model mieszany: część testowa (dla porównywalności) i część kazusowa (dla kompetencji). W warstwie organizacyjnej to trudniejsze, ale nie niemożliwe. Jeżeli bowiem mamy traktować to poważnie, to nie da się uciec od elementu praktycznego. Niektórzy mogą postawić zarzut, iż egzamin państwowy będzie „państwową kontrolą" programu studiów. Odpowiadam więc: autonomia uczelni nie jest autonomią od jakości (nie jest ucieczką od jakości). Uczelnia ma prawo kształtować program, metody i profil kształcenia, ale państwo ma prawo oczekiwać, że absolwent kierunku, który przygotowuje do zawodów o fundamentalnym znaczeniu społecznym, spełnia minimalny standard kompetencji. W istocie egzamin państwowy mógłby działać nawet korzystnie dla autonomii uczelni: pozwalałby bowiem odejść od presji „uczenia pod test na aplikację" i skupić się na dydaktyce akademickiej, jednocześnie pozostawiając państwu narzędzie standaryzacji.

 

Nie dyskryminacja, lecz równość szans

Warto też uczciwie założyć, że propozycja wprowadzenia ogólnopolskiego egzaminu końcowego może spotkać się z oporem części środowiska akademickiego, zwłaszcza tam, gdzie realna jakość kształcenia prawniczego jest niższa, niż sugerowałyby formalne deklaracje. Taki egzamin miałby bowiem skutek uboczny, którego nie da się „zagadać" ani przykryć facebookową propagandą uczelni: w sposób porównywalny i mierzalny ujawniłby różnice między uczelniami, a więc także to, że w niektórych miejscach studia prawnicze nie gwarantują minimalnego standardu kompetencji absolwenta.

Dla części wydziałów/instytutów prawa oznaczałoby to nie tylko problem wizerunkowy, ale również ryzyko spadku zainteresowania kandydatów, presję na zmianę metod dydaktycznych oraz konieczność realnego podniesienia wymagań. Nie można więc wykluczyć, że argumenty o „obronie autonomii uczelni" czy „nadmiernej centralizacji" będą w praktyce maskowały bardziej przyziemną obawę: że standaryzacja zakończy okres, w którym jakość kształcenia pozostaje w dużej mierze nieweryfikowalna zewnętrznie, a jej koszty ponoszą później pracodawcy, instytucje publiczne i obywatele.

Pozostaje jeszcze pytanie, czy taki egzamin nie będzie narzędziem „dyskryminacji" absolwentów słabszych uczelni? Odpowiedź jest krótka: nie. Dyskryminacją byłoby przyjęcie, że absolwent słabszej uczelni z definicji jest gorszy. Egzamin działa odwrotnie: daje szansę wykazania się każdemu, niezależnie od miejsca studiowania. Jest to mechanizm bardziej egalitarny niż nieformalne „uprzedzenia" rynku prawniczego. Jednocześnie trzeba powiedzieć uczciwie: jeśli jakaś uczelnia masowo wypuszcza absolwentów, którzy nie są w stanie zdać egzaminu potwierdzającego minimalne kompetencje, to nie jest to problem absolwentów. To jest problem jakości kształcenia, który powinien zostać nazwany i naprawiony.

Wydaje mi się, że nie jestem naiwny. Wprowadzenie takiego egzaminu wiąże się więc zapewne z pewnymi ryzykami, np.:

  • rozrost rynku kursów przygotowawczych i „testomanii",
  • spłaszczenie kształcenia do formuły egzaminacyjnej,
  • presja na uczelnie, by uczyć „pod klucz",
  • spory o transparentność pytań, bazę zadań, procedury odwoławcze.

Te ryzyka są realne. Ale można je przecież ograniczać choćby przez:

  • jawność standardów i przykładowych zadań,
  • silny komponent kazusowy,
  • rotację i kontrolę jakości bazy pytań,
  • jasne reguły organizacyjne, w tym procedury wglądu i odwołania.

Wbrew pozorom polskie państwo ma doświadczenie w organizowaniu dużych egzaminów: egzaminy zawodowe, aplikacyjne, KSSiP, a nawet egzamin maturalny. To nie jest obszar dziewiczy.

Argument najważniejszy: państwo prawa

Najważniejszy argument jest jednak inny niż „rynek" i „ranking". Prawo nie jest tylko dyscypliną akademicką. Prawo jest narzędziem wykonywania władzy publicznej i ochrony jednostki. Prawnik, nawet jeśli nie nosi togi, to wchodzi w przestrzeń, w której błędy mają realną cenę: finansową, życiową, instytucjonalną.

Jeżeli chcemy, by Polska była państwem prawa, to musimy mieć odwagę powiedzieć: nie wystarczy formalna równość dyplomów, potrzebujemy realnej weryfikacji kompetencji. A jeżeli tej weryfikacji nie chcemy robić na etapie studiów (bo uczelnie są różne), to możemy ją zrobić na etapie państwowego egzaminu końcowego.

Nie proponuję rewolucji ani tworzenia kolejnego progu dla młodych ludzi. Proponuję racjonalną, dobrze zaprojektowaną reformę, która może poprawić jakość kształcenia, zwiększyć przejrzystość rynku, uporządkować dostęp do dalszych ścieżek zawodowych, a przede wszystkim: może wzmocnić zaufanie do kompetencji prawniczych w Polsce.

Taki egzamin nie musiałby być barierą w sensie negatywnym. Wręcz przeciwnie: mógłby stać się narzędziem wyrównywania szans i obiektywnego potwierdzenia poziomu przygotowania, niezależnie od tego, gdzie ktoś studiował i jaką miał sytuację życiową w trakcie studiów. Co równie istotne, nie chodziłoby o podważanie wartości dyplomu magistra prawa, lecz o wprowadzenie dodatkowej, jednolitej w skali kraju formy weryfikacji kompetencji: analogicznej do tych, które od dawna funkcjonują w innych zawodach o dużym znaczeniu społecznym.

Dyplom prawnika musi być wiarygodny

Jeżeli w medycynie uznano, że warto porównywać absolwentów jednym egzaminem państwowym, bo stawką jest zdrowie i życie pacjentów, to w prawie również można postawić tezę, że stawką jest bezpieczeństwo prawne obywateli, stabilność obrotu i prawidłowe działanie instytucji publicznych. Błąd lekarski może kosztować zdrowie, natomiast błąd prawniczy może kosztować utratę mieszkania, pracy, majątku, a czasem także elementarnego poczucia sprawiedliwości. W tym sensie prawo, choć nie działa bezpośrednio na organizm człowieka, to jednak działa bezpośrednio na jego sytuację życiową, a więc również na sferę dóbr podstawowych. Dlatego państwo ma pełne uzasadnienie, by interesować się nie tylko tym, czy ktoś ukończył studia prawnicze, ale także tym, czy posiada minimalny, realny i porównywalny standard kompetencji, pozwalający bezpiecznie poruszać się w systemie prawa.

Pytanie nie brzmi więc, czy „LEK dla prawników" jest możliwy. Pytanie brzmi, czy mamy dość odwagi, by przyznać, że obecny model (w którym formalna równość dyplomu przesłania realną różnicę kompetencji) nie jest już modelem neutralnym. Jest modelem, który w dłuższej perspektywie osłabia profesjonalizm, a przez to osłabia państwo prawa. Jeżeli bowiem dyplom przestaje być wiarygodnym sygnałem minimalnego poziomu przygotowania, to ciężar weryfikacji przenosi się na obywatela, pracodawcę i instytucje publiczne, często w sposób przypadkowy i spóźniony. A to właśnie państwo prawa powinno minimalizować ryzyko przypadkowości w dostępie do profesjonalnej pomocy prawnej, bo od jakości tej pomocy zależy nie tylko interes jednostki, lecz także jakość działania całego systemu.

 

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Linki w tekście artykułu mogą odsyłać bezpośrednio do odpowiednich dokumentów w programie LEX. Aby móc przeglądać te dokumenty, konieczne jest zalogowanie się do programu. Dostęp do treści dokumentów LEX jest zależny od posiadanych licencji.

 

 

Polecamy książki prawnicze dla studentów