Upraszczając można powiedzieć, że osoby uzyskujące wynagrodzenie wyższe od 2,5-krotności przeciętnego wynagrodzenia nie otrzymywałyby emerytury w zamian za część wpłaconych składek (powyżej limitu 2,5-krotności). Wnioskodawcy uzasadniają tę propozycję potrzebą większej solidarności społecznej w systemie emerytalnym.
 
 
Przyjęcie takiego rozwiązania naruszyłoby fundamentalną zasadę obecnego systemu emerytalnego, zgodnie z którą emerytura jest proporcjonalna do wielkości wpłaconych składek i wzmocniłoby przekonanie, że wysokość naszych emerytur zależy bardziej od decyzji polityków niż od indywidualnej pracowitości i zapobiegliwości.
Nastąpiłoby więc dalsze osłabienie zaufania do państwowego systemu ubezpieczeń społecznych i szerzej- do wszystkich instytucji państwa. Konsekwencją byłoby osłabienie już obecnie niskiej dyscypliny fiskalnej, nasilenie zjawiska ukrywania dochodów i unikania płacenia podatków i składek na ubezpieczenia społeczne.
Błędne jest założenie, że osoby o wysokich kwalifikacjach i wysokich dochodach zgodzą się bez oporu oddawać 28 proc. wynagrodzenia nie uzyskując adekwatnych korzyści.
Należy przewidywać wzrost szarej strefy i szacowany przez wnioskodawców na 6 mld zł wzrost dochodów Funduszu Ubezpieczeń Społecznych można uznać więc za zawyżony.
Warto również zwrócić uwagę, że przyjmując takie rozwiązanie prowadzimy do sytuacji, w której biednym emerytom pomagać będą jedynie osoby mające duże dochody z pracy, ale nie osoby uzyskujące duże dochody z kapitału, bo tylko dochody z pracy są obciążone składkami emerytalnymi i rentowymi. Jeżeli chcemy być bardziej solidarni, to osobom biednym powinni pomagać wszyscy bogaci niezależnie od tego czy ich dochody pochodzą z pracy, czy inwestycji kapitałowych. Dlatego ewentualna dopłata do najniższych emerytur powinna być finansowana z powszechnych podatków, a nie ze składek emerytalnych.
Jeremi Mordasewicz, Konfederacja Lewiatan