Niewielu rodziców decyduje się na posłanie dzieci do szkoły

Od 25 maja możliwe jest funkcjonowanie klas 1-3 w szkołach podstawowych. Rodzice jednak nie spieszą się z wysyłaniem maluchów do szkół. W Radowie Małym, woj zachodniopomorskie, nie zgłosił się nikt. Do Szkoły Podstawowej nr 391 na warszawskim Żoliborzu, na 107 uczniów klas 1-3, rodzice zgłosili chęć posłania trzydziestu.

- Martwię się o dzieci. Będą mocno zdziwione, zaskoczone tym, co dzieje się w szkole. Nie będą mogły biegać po korytarzu, osobno zasiądą w ławkach, nic nie będą mogły przynieść ze sobą, będą zmuszane do zachowania odstępów. Rodzice nie będą wpuszczeni na teren szkoły. Tylko na wejściu podpiszą oświadczenie, że dziecko jest zdrowe i nie miało kontaktu z zakażonym. Gdy będzie egzamin klas ósmych dzieci znów muszą być w domu – wylicza Lidia Więckowska, dyrektor Szkoły Podstawowej nr 391.
- Niewiele wiemy o wirusie, wróg jest nieznany. Trzeba uruchomić gospodarkę, bo inaczej się nie da. Ale nie wiemy, jakie będą koszty tego uruchomienia. Jak wiele dzieci i nauczycieli zarazi się. Nie może być jednak dalszej izolacji. Muszą ruszyć kampanie społeczne, bo już widzimy, że dzieci będą potrzebowały wsparcia psychologicznego po tak długim okresie siedzenia w izolacji. Muszą się znaleźć środki z MEN i z Ministerstwa Rodziny Pracy i Polityki Społecznej na zajęcia z psychologami, by dzieci mogły na nowo uczyć się emocji, wejścia w grupę itp. Bez tego się nie da - dodaje dyrektor Więckowska.

Oceny za zdalną naukę pod znakiem zapytania>>

 


 

Lidia Więckowska mimo wielu obaw cieszy się, że pomieściła w szkole wszystkie chętne dzieci. W Szkole Podstawowej w Sannikach, powiat gostyniński, na 125 dzieci, na dzień 21 maja zgłosiło się sześcioro, z jedenastu objętych rewalidacją, zgłosiło się pięcioro. - Ogromnie boję się odpowiedzialności za zdrowie dzieci i nauczycieli. Jeśli pozakażają się, wszystko będzie na mnie. Mam już opracowane twarde procedury - mówi Beata Kochańska, dyrektor Szkoły Podstawowej w Sannikach. - Rodzice decydujący się posłać dziecko do szkoły muszą podpisać obszerne oświadczenie, że m.in. dziecko nie miało kontaktu z chorym, nikt w rodzinie nie jest na kwarantannie. Jeśli zaś pojawi się przypadek COVID-19 w szkole, ta natychmiast będzie zamknięta do odwołania. Jak tylko zaobserwujemy u dziecka niepokojące objawy, od razu trafi do izolatki i zostaną powiadomione służby medyczne. Dziecko nie jest uczulone na środki dezynfekujące. Jest też zdanie: oświadczam, że w przypadku zakażenie, nie będę wnosił skarg. Oczekuję też od rodziców określenia, w jakich godzinach dziecko pozostanie w szkole. Muszę zaplanować pracę nauczycieli - dodaje Kochańska.

 

Obawy samorządów

Kiedy na konferencji prasowej 29 kwietnia została ogłoszona decyzja rządu o uruchomieniu żłobków i przedszkoli, kilkanaście miast, m. in. Poznań, Warszawa, Gdańsk, Łódź, Białystok, Piekary Śląskie, Świdnica, Sosnowiec, Katowice, Rybnik, Gliwice, Mikołów, zbojkotowało ten pomysł. Samorządy potrzebowały więcej czasu, by przygotować się do tego wyzwania. Zakupiły środki potrzebne do zachowania reżimu sanitarnego. Ale… w Krakowie nauczycielki z przedszkoli nie mają odpowiednich maseczek zabezpieczających przed zakażeniem. Pracują w bawełnianych, uszytych na przykład przez uczynnych rodziców. W Warszawie na placykach zabaw widać panie bez maseczek.

Rodzice przedszkolaków szybko musieli wypełnić ankietę, czy deklarują chęć skorzystania z opieki przedszkolnej w trakcie trwania epidemii COVID-19 od 18 maja 2020 r. Dokument stanowi, że ze względu na ograniczania dotyczące liczby dzieci w grupie – do 12 dzieci, przy założeniu minimalnej powierzchni na dziecko 4 m.kw., ustalając kolejności przyjęć - stosuje się kryteria pierwszeństwa: przynajmniej jeden z pracujących rodziców wykonuje pracę w systemie ochrony zdrowia, w służbach mundurowych, handlu i przedsiębiorstwach produkcyjnych, rodzic samotnie wychowuje dziecko. Jeśli zaś zgłosi się więcej dzieci niż liczba miejsc, stosuje się dodatkowe kryteria: dziecko z rodziny wielodzietnej (troje i więcej dzieci w wieku szkolnym); posiadające niepełnosprawne rodzeństwo; wychowywane przez niepełnosprawnego rodzica/rodziców. Teraz ankietę tej samej treści wypełniają rodzice dzieci z klas 1-3 szkół podstawowych.

 

Obawy rodziców

Na rozmaitych komunikatorach toczą się zażarte dyskusje rodziców: posyłać dziecko czy nie. Katarzyna, matka drugoklasisty z Warszawy zauważa, że dzieci po takiej przerwie będą spragnione kontaktu z rówieśnikami. Jak nakazać im utrzymanie dystansu? Dorota, matka trzecioklasisty pośle syna pod warunkiem, że będą zajęcia dydaktyczne. Maria, matka pierwszaka pisze, że nie można trzymać dzieci w domu w nieskończoność. Już przecież wiadomo, że wirus jest endemiczny i zostanie z nami jak np. AIDS.

Mogą być kłopoty ze szczepionką, prędzej wynajdą leki. Trzeba jakoś w miarę normalnie żyć. Na to matka bliźniaków odpowiada, że jak ma synów posyłać do szkoły, a popołudniami robić z nimi dydaktykę, to nie widzi w tym sensu. Mój Bartek zostanie w domu. Ale jak wrócą treningi piłkarskie - pójdzie do szkoły – wtóruje kolejna matka. Najbardziej przerażona jest matka Zuzanny, bo powrót do szkoły to liczne kontakty, a dla jej męża, który jest po przeszczepie serca, COVID-19 oznaczałby koniec. Na razie większość jest na „nie”. Rodzice jednak nie tyle obawiają się zakażenia dzieci, ile nie chcą popołudniami nadrabiać zaległości z nauki online.

 

 


 

Obawy nauczycieli

Renata, nauczycielka edukacji wczesnoszkolnej z Warszawy, obecnie wychowawczyni zerówkowiczów, denerwowała się przed pierwszym wyjściem do dzieci. - Miałam mnóstwo obaw, czy zapewnię należytą opiekę i bezpieczeństwo dzieciom, ale również sobie. A co będzie, jeśli nie zdezynfekuję dokładnie każdej zabawki? Przecież jednocześnie muszę pilnować dzieci, odciągać ich na dozwoloną odległość i prowadzić zajęcia - mówi.

Kiedy jednak w poniedziałek, 18 maja rano zobaczyła biegnące do niej dzieci, poczuła się normalnie. - To były tylko trzy znajome buzie i te same małe sprawy i duże uśmiechy – mówi Renata. I choć przez cały dzień zdążyła porządnie przesiąknąć płynem do dezynfekcji i oddychała przez maseczkę, starała się, aby szkoła, choć pusta i sterylna, była dla dzieci taka jak kiedyś.

- Bawiliśmy się, słuchaliśmy piosenek, rozmawialiśmy i uczyliśmy się - wspólnie, starego świata na nowo – relacjonuje Renata. - Oczywiście, że wchodząc do budynku szkoły, mam w głowie strach przed zarażeniem, ale mam go również, wychodząc z domu do sklepu. Zamiast zabierać dzieciom zabawkę czy grę, zmieniam ją w taki sposób, abyśmy wszyscy wspólnie mogli się nią bawić. Wtedy przydaje się kreatywność i dobre nastawienie. Mam obawy, ale będę je miała już zawsze, świat się zmienił i my też. Nie chcę jednak pozwolić sobie na strach, chcę normalności dla siebie i uczniów. Każdego dnia staram się ją od nowa razem z nimi budować.