Prof. Chmielnicki: Należy powstrzymać degrengoladę kształcenia wyższego
Nas, członków Polskiej Komisji Akredytacyjnej, bardzo boli to, że czynniki polityczne nie okazują dostatecznej troski o jakość kształcenia na studiach, i mówię to w odniesieniu do każdej ekipy rządzącej w Polsce. Wiem to, bo mam doświadczenie prawie 15-letnie, jeśli chodzi o funkcjonowanie i oglądanie z najbliższej odległości, jak wygląda kształcenie na studiach. Sytuacja się ciągle pogarsza, czego dowodem są różne, bardzo głośne afery związane ze szkołami wyższymi - mówi w rozmowie z Prawo.pl Paweł Chmielnicki, prof. dr hab. nauk prawnych, pracownik Uniwersytetu Warszawskiego, członek Polskiej Komisji Akredytacyjnej, sędzia Sądu Najwyższego, współautor publikacji „Kształcenie na studiach. Komentarz”.

To druga część rozmowy z prof. Chmielnickim - tutaj można przeczytać pierwszą, do czego zachęcamy.
Malwina Pasternak-Janik: Czy komercjalizacja na uczelniach publicznych to, Pana zdaniem, zaleta czy wada?
Prof. Paweł Chmielnicki: To problem, który dotyczy każdego zadania publicznego. Pewne formy konkurowania o zasoby – przykładowo: konkuruję o to, żeby student do mnie przyszedł, bo chcę konkurować jakością kształcenia – jak najbardziej są wskazane, to na pewno jest element korzystny. Natomiast komercjalizacja prowadząca do tego, że uczelnia tnie wydatki, które związane są z jakością kształcenia, to zjawisko absolutnie negatywne.
Dodam jeszcze, że w naukach ekonomicznych rozróżnia się dwie kategorie usług: komercyjne i niekomercyjne. Szkolnictwo, ale też np. służba zdrowia należą do kategorii usług niekomercyjnych. Przyjmowanie założeń właściwych dla sektora komercyjnego, wobec sektora usług niekomercyjnych, jest pewnym strukturalnym błędem. W Polsce na początku lat 90. trochę za bardzo, moim zdaniem, przejęto się pewnymi teoriami neoliberalnymi. Wtedy pierwsze regulacje dotyczące tworzenia szkół wyższych nawet nie obejmowały wymagania niekaralności założyciela. Szkołę wyższą mógł utworzyć każdy, właściwie bez żadnych ograniczeń i w tym zakresie niezbyt wiele się zmieniło, bo jeśli chodzi o założenie szkoły wyższej, to nadal wymogi są postawione na bardzo niskim poziomie. Proszę porównać te wymogi chociażby z tym, jak należy sprostać wymaganiom dla założenia banku. A czy to, że my będziemy wydawać dyplomy poświadczające pewne kwalifikacje, kiedy to kształcenie było słabej jakości, kiedy te kwalifikacje tak naprawdę nie są nabyte, czy to jest coś mniej groźnego niż błąd banku? Jeżeli będziemy wydawać dyplomy lekarza albo psychologa osobom, które tak naprawdę to kształcenie przeszły na bardzo słabym poziomie, czy to jest coś mniej groźnego niż szkoda wyrządzona w sektorze finansowym? Tymczasem jeżeli spojrzeć na wymagania sformułowane pod adresem szkół wyższych, to okazuje się, że są traktowane jako coś zupełnie marginalnego dla funkcjonowania państwa.
Nas, członków Polskiej Komisji Akredytacyjnej, bardzo boli to, że czynniki polityczne nie okazują dostatecznej troski o jakość kształcenia na studiach, i mówię to w odniesieniu do każdej ekipy rządzącej w Polsce. Wiem to, bo mam doświadczenie prawie 15-letnie, jeśli chodzi o funkcjonowanie i oglądanie z najbliższej odległości, jak wygląda kształcenie na studiach. Sytuacja się ciągle pogarsza, czego dowodem są różne, bardzo głośne afery związane ze szkołami wyższymi. One są skutkiem złych rozwiązań systemowych, a także realnego braku zainteresowania celem podniesienia jakości kształcenia. Tak się dziwnie składa, że jeżeli już są wprowadzane zmiany, to polegają na poluzowaniu wymagań związanych z kształceniem na studiach. Nie kojarzę, żeby jakiejkolwiek ekipie politycznej naprawdę zależało na podniesieniu jakości kształcenia na studiach.
A co Pan Profesor sądzi o studiach prowadzonych w formule zdalnej?
Odnośnie tego, jak możliwości kształcenia w systemie e-learningu są bardzo źle wykorzystywane, w sposób naprawdę uniemożliwiający realizację efektów uczenia się, nabywania kompetencji, to jako członek PKA wiem dużo więcej niż zwykły nauczyciel. Dla Polskiej Komisji Akredytacyjnej jednym z najważniejszych tematów jest to, żeby zwrócić uwagę - kiedy oceniamy kierunek - jak są właśnie skonstruowane zajęcia e-learningu. Jeżeli ta forma jest nadużywana, wykorzystywana niewłaściwie, a to niestety dzieje się bardzo często, to skutki są opłakane, ponieważ możliwość osiągnięcia efektów uczenia się i uzyskania kompetencji w oparciu o te zajęcia staje się iluzoryczna, właściwie często zostaje sprowadzona do zera.
E-learning sam w sobie nie jest czymś złym, tak jak uczenie się z wykorzystaniem nowoczesnych technik. Sam stosuję nieraz jakieś formy kontaktu zdalnego ze studentem, sztuczną inteligencją posługuję się w badaniach naukowych. To wszystko jest dla ludzi, ale musi być odpowiednio użyte. Niestety tutaj bardzo często zdarza się, że e-learning służy do redukcji kosztów, do takiego właśnie zredukowania wymagań po to, aby kandydat na studia mógł sobie pomyśleć, że tu jest łatwo, że tu nie musi się starać, że nie będzie musiał przyjeżdżać na zajęcia, że ten egzamin też zaliczy online i nikt właściwie nie sprawdzi, że on naprawdę brał w nim udział. Mógłbym bardzo dużo mówić, jakie są patologie związane z e-learningiem. Oczywiście są też osoby, które powołując się na różne badania, twierdzą, że e-learning sprawdza się równie dobrze, co nauczanie tradycyjne, ale ja do tego mam wstrzemięźliwy stosunek. Mam własne doświadczenia, wiem również, jak z punktu widzenia PKA funkcjonuje system. Absolutnie nie jestem entuzjastą takiego masowego przechodzenia na formułę kształcenia zdalnego. Moim zdaniem, jako podstawowa forma kształcenia nie sprawdza się.
A, Pana zdaniem, istnieje ryzyko zamknięcia uczelni i prowadzenia zajęć przez wykładowców wyłącznie w sposób zdalny?
Jest takie ryzyko. Nasz wybitny uczony Mikołaj Kopernik sformułował prawo ekonomii, że gorszy pieniądz wypiera lepszy. W związku z tym mam takie obawy, tym bardziej, że ta narracja o zaletach e-learningu bardzo dziwnie „skleja się” zawsze z tematem cięcia kosztów, zwiększania przychodów, komercjalizacją itd., bo to jeden z instrumentów służących optymalizacji ekonomicznej. Ja zawsze podkreślam jedną rzecz: spotkania zdalne zubażają samą interakcję, zapewniając tylko część kanałów kontaktu, jakie są dostępne dla człowieka. Generalnie, interakcja on-line jest wyraźnie zubożona i to kłóci się z podstawowym, moim zdaniem najważniejszym aspektem kształcenia na studiach, jakim ma być wchodzenie w relację mistrz – uczeń, służącą przede wszystkim rozwojowi osobowości. Bo oprócz wiedzy, umiejętności praktycznych, jest przede wszystkim aspekt przemiany wewnętrznej w szerokim rozumieniu tego słowa. I tego żaden e-learning nigdy nie zapewni, ani w pełnym, ani nawet w istotnym zakresie. To jest możliwe tylko, kiedy ta osoba, która nas kształtuje bezpośrednio, spotyka się z nami, możemy mieć z nią kontakt realny, a nie za pomocą jakiegoś ekranu. Kiedy możemy mieć pełne spektrum kanału kontaktowania się, kiedy widzimy, jak siada, chodzi, gestykuluje, jaki jest jej temperament, na co sobie pozwala, a na co nie. Jest mnóstwo rzeczy, które są niemożliwe do pozyskania w kontakcie online.
Ja zawsze będę powtarzał, że mnie ukształtowali moi mistrzowie. Jako absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego czuję w sobie ich zachowania, ich sposób myślenia, sposób reagowania i funkcjonowania. Ja to czuję w sobie, oni mi to przekazali dzięki temu, że ja się z nimi spotykałem na miejscu, bezpośrednio. Żaden kontakt przez ekran telewizora czy komputera tego nie da, bo to jest zubożona forma interakcji, która nie pozwala na osiągnięcie tej podstawowej funkcji kształcenia wyższego. Najważniejszą funkcją studiów wyższych jest rozwój człowieka jako pewnej osobowości, poszerzanie horyzontów, spektrum możliwości psychologicznych, nie tylko intelektualnych, ale też związanych np. z inteligencją emocjonalną. Tego nie da się w żaden sposób, przez żaden e-learning osiągnąć.
A co ze sztuczną inteligencją w szkolnictwie wyższym?
To ten sam problem, który pojawia się zawsze, kiedy do użytku wchodzi pewna nowa technologia. Kiedyś żyliśmy bez telefonów, bez internetu, bez bazy LEX i człowiek sobie jakoś radził. Każda taka nowa technologia, nowe rozwiązania mają bardzo atrakcyjny potencjał. Jeżeli my potrafimy się odnieść do sztucznej inteligencji z odpowiednim krytycyzmem, jeżeli ona nie wyłącza nam własnego myślenia, to jest w porządku. Ja sam w badaniach naukowych wykorzystuję algorytmy sztucznej inteligencji i jestem wręcz zachwycony, jak to wspaniale potrafi mi pomóc, ale pod warunkiem, że ja to kontroluję. Jeżeli będziemy kontrolować stosowanie sztucznej inteligencji w odniesieniu do relacji ze studentem, to jestem absolutnie za. Natomiast jeżeli nie będzie woli z jednej i drugiej strony, zarówno pracownika, jak i studenta, żeby to odpowiednio wykorzystać, to może przerodzić się w ogromną patologię.
Chciałbym zwrócić uwagę na jedną rzecz: ten temat jest szczególnie trudny w przypadku różnych elementów twórczych, jakie student musi zrealizować, czyli np. przygotowywania prac projektowych, dyplomowych, zajęć warsztatowych itp. W tej chwili dużo mówi się o tym, że sztuczna inteligencja stanowi nowe zagrożenie, bo AI może napisać za studenta pracę. Dla mnie to w ogóle nie jest nowy problem, dlatego że proceder zamawiania pisania pracy u tzw. ghostwriter’a istniał od zawsze i to nie jest nic nowego. Tutaj zmienia się tylko narzędzie – kiedyś żywy człowiek, a teraz bot. U żywego człowieka najczęściej trzeba było zapłacić i to całkiem sporo, a bot wykona to praktycznie za darmo. Dostępność do tego nadużycia stała się dużo większa w sensie ekonomicznym, natomiast problem jest ciągle taki sam.
Uważam, że podstawową rolę odgrywa nauczyciel akademicki, promotor, który ma tak skonfigurować pracę i czuwać nad jej tworzeniem, żeby wiedział, czy ten student sam osiąga te kompetencje dla tego procesu twórczego, czy też nie. Od dawna zwracam uwagę, że nie każdy kierunek studiów powinien kończyć się przygotowaniem pracy dyplomowej i nawet nie u każdego studenta, na danym kierunku, powinien taki obowiązek występować. To nie jest warunek sine qua non nabycia kompetencji. Są kierunki studiów, jak lekarski, gdzie nie ma żadnej pracy dyplomowej, tylko jest państwowy, końcowy egzamin lekarski. Wyobrażam sobie, że wielu studentów, którzy nie są predysponowani do tworzenia takich dzieł, może być dobrymi fachowcami w inny sposób, mogą dobrze opanować różne kompetencje i je stosować, niekoniecznie w ramach jakiegoś dzieła na piśmie. Myślę, że nasze środowisko jest za bardzo przywiązane do takiego akademickiego modelu, zgodnie z którym podstawowym wyrazem aktywności na uczelni jest jakaś praca lub tekst. Niekoniecznie! Oczywiście, na kierunkach ogólnoakademickich widziałbym to inaczej, na praktycznych jeszcze inaczej. Tutaj jest duże pole do dyskusji o formule, jak student ma osiągać efekty uczenia się.
Widziałbym nawet taką możliwość, żeby to student decydował, czy chce zakończyć studia pracą dyplomową, czy egzaminem z głównych elementów programu studiów. Oczywiście, w zależności od kierunku, ponieważ jedne kierunki nie mogą obejść się bez pracy dyplomowej, a inne mogłyby. Teoretycznie mamy podstawy prawne, żeby przechodzić z prac dyplomowych na egzaminy, ale występuje bardzo duży opór środowiska przed korzystaniem z tych dostępnych możliwości. Teraz pod wpływem AI pojawia się w środowisku myśl: po co praca dyplomowa, skoro nie możemy skontrolować studenta, czy napisał sam, czy przy pomocy AI? To moim zdaniem jest błędne podejście, ponieważ proces twórczy zawsze da się potwierdzić, tylko trzeba to dobrze zorganizować, a pytanie brzmi: co właściwie chcemy osiągnąć, jeśli chodzi o kierunek studiów, jaki typ kompetencji chcemy studentowi przekazać?
Czy na szkolnictwo wyższe czekają jeszcze jakieś wyzwania, czy należy się skupić na tym, co jest do poprawy?
Największym wyzwaniem jest powstrzymanie katastrofalnego obniżania się jakości kształcenia. Należy powstrzymać degrengoladę kształcenia wyższego i przywrócić zaufanie społeczne do instytucji dyplomu ukończenia studiów wyższych. Te wszystkie patologiczne sytuacje, z którymi mamy obecnie do czynienia powodują, że wartość wykształcenia wyższego zaczyna być deprecjonowana. Jeżeli w społeczeństwie powstaje przeświadczenie, że dyplom kupuje się na bazarze, to nie ma on żadnej wartości, że studia są byle czym, niczego nie uczą. Tracimy bardzo ważny aspekt formowania społeczeństwa w zakresie tworzenia jego części elitarnej.
Studia wyższe, do pewnego czasu, były jedynym sposobem rekrutacji do elity społecznej na zasadzie zasług, umiejętności, kompetencji. Trzeba się było postarać, żeby uzyskać ten dyplom i wtedy - niejako z automatu - wchodziło się do pewnej elity społecznej. Natomiast wejście do innych grup elitarnych, przynajmniej w ostatnich dekadach, jest to zabieg o charakterze – przede wszystkim - ekonomicznym. Tak się dzieje w polityce, sztuce itd. Rzadko kiedy można obecnie stać się członkiem elity, nie mając pewnych istotnych argumentów ekonomicznych. Natomiast dyplom ukończenia studiów wyższych był przez długi czas sposobem na tworzenie elity społecznej wysokiej jakości, tylko na podstawie oceny zasług, co jest wartością ogromną, niezwykle istotną dla budowy dobrego społeczeństwa. To potwierdzają działania wrogów Polski w czasie II wojny światowej, polegające na eksterminacji elit intelektualnych. Okupanci doskonale wiedzieli, w co należy uderzyć, żeby obezwładnić społeczeństwo. Tak więc nie możemy dopuścić do sytuacji, żeby poprzez dezawuowanie jakości kształcenia wyższego, przypomnę - jedynego sposobu tworzenia elity nieopartego przemożnie na mechanizmie ekonomicznym - samemu sobie wyrządzać krzywdę. Musimy troszczyć się o to, żeby kształcenie wyższe i dyplom były znakiem jakości, a nie byle świstkiem. To wynika z Konstytucji i teoretycznie jest powszechnie wiadome, tylko my nie potrafimy o to zadbać, a zwłaszcza nie potrafią o to zadbać nasi politycy, wszystkich partii bez wyjątku.
Linki w tekście artykułu mogą odsyłać bezpośrednio do odpowiednich dokumentów w programie LEX. Aby móc przeglądać te dokumenty, konieczne jest zalogowanie się do programu. Dostęp do treści dokumentów LEX jest zależny od posiadanych licencji.






