Monika Sewastianowicz: Jak wygląda wdrażanie nowych przepisów na wydziałach prawa?

Jerzy Pisuliński: To dzieje się raczej na poziomie uczelni, a nie wydziału. Oczywiście część przepisów bezpośrednio wpływa na funkcjonowanie wydziałów, jak pozbawienie ich prawa do nadawania stopni naukowych. Może być jednak tak, że na poziomie wydziałów niewiele się zmieni, zwłaszcza że przepisy wprowadzane są w dużym pośpiechu, a środowisko naukowe jest dość konserwatywne.

Na razie pracujemy nad statutem, dodatkowo są jeszcze inne akty: regulamin pracy, regulamin wynagradzania, zarządzenie rektora dotyczące pensum. Dotychczas ustawa określała minimalną liczbę godzin, którą musiał realizować nauczyciel akademicki, co nie pozwalało na elastyczność przy układaniu programu.

 

 


 

Czy oznacza to jakieś zmiany dla studentów?

Umożliwi to swobodne układanie planu zajęć. Na wydziale prawa mamy dużą liczbę zajęć specjalistycznych i zdarza się, że zainteresowanie nimi jest niewielkie i nie uda się zebrać odpowiednio dużej grupy. Takie zajęcia trzeba potem odwoływać, co dezorganizuje układanie harmonogramu studentom.

Bez nacisku na realizację minimalnego pensum można to lepiej zaplanować. I tak niektóre zajęcia nie odbywały się co roku, bo od dawna mieliśmy zasadę, że jeżeli nie ma chętnych, to rezygnujemy z wykładu w kolejnym roku. Nowe przepisy  pozwalałyby usankcjonować to rozwiązanie.

Naukowcy też zyskają więcej swobody, bo będą mogli łatwiej zaplanować sobie np. wyjazd na zagraniczne stypendium lub działalność naukową.

 

Czy uczelnia może w szerszym zakresie korzystać z rozwiązań technologicznych? Ustawa 2.0 zmienia coś w tej kwestii?

Na naszym wydziale, dzięki środkom z programu Power, już tworzymy e-podręczniki do wybranych przedmiotów. Umożliwi to zmianę metod dydaktycznych - tematyki przybywa, a na zajęciach nie zawsze wystarczy czasu na jej kompleksowe omówienie. Dochodzi kwestia ograniczonej percepcji studentów oraz problemy lokalowe.

E-podręczniki to nowa forma, dzięki której nie wszystko trzeba będzie omawiać na wykładzie - prowadzący będzie mógł odesłać studenta do multimedialnych materiałów. Same zajęcia mogłyby być natomiast interaktywne, prowadzone w formie konwersatorium. Zamiast  omawiać na wykładzie pewne kwestie prowadzący  mógłby odesłać  studentów do przygotowanych i nagranych materiałów, a na zajęciach omówić inne kwestie, na które czasem nie wystarcza czasu.

Taki wykład może zmierzać wtedy w kierunku konwersatorium, na którym studenci mogliby dyskutować z wykładowcą. Jeżeli chodzi o e-learning, mamy platformę służącą do tego celu i prowadzimy kurs otwarty.

Uruchomiliśmy nowy kierunek studiów Intelectual Property and New Technology, studia magisterskie drugiego stopnia w języku angielskim,  na których pierwszy semestr odbywa się wyłącznie zdalnie. Korzystamy z materiałów przygotowanych przez naszych pracowników i naszego partnera, Światową Organizację Własności Intelektualnej w Genewie. Studenci pierwszego semestru zapoznają się z materiałami udostępnionymi na platformie, mają też konsultacje przez internet z prowadzącymi te zajęcia. Dopiero drugi semestr ma formę stacjonarną. 

 

Naukowcy podnoszą, że problematyczne mogą być przepisy dotyczące punktowania publikacji naukowych...

Mamy co do tego ogromne wątpliwości, które zresztą zgłosiliśmy do ministerstwa i na razie nie uzyskaliśmy żadnej odpowiedzi. Wątpliwości budzi zwłaszcza rozporządzenie dotyczące tworzenia list  punktowanych czasopism naukowych. Akt prawny zakłada, że punkty będą przyznawane za artykuły opublikowane w czasopismach znajdujących się w dwóch bazach danych: Web of Science i Scopus. Nie ma w nich póki co żadnego polskiego czasopisma prawniczego. W dodatku znaczna część naszej działalności naukowej jest skierowana do czytelników w kraju.

Prof. Pisuliński: Nowa punktacja czasopism zablokuje rozwój naukowy prawników>>

 

Ale to się zmieni?

To nie jest takie oczywiste ze względu na specyfikę naszej dziedziny. Weźmy na przykład samą Ustawę 2.0, która wprowadziła te zmiany. Wiele osób chciałoby przeczytać do niej pogłębiony komentarz, ale przecież nie taki wydany w języku angielskim, w Londynie.

Zresztą wątpliwe jest, by ktoś taką publikację za granicą wydał. Dlaczego też taki komentarz miałby być pisany po angielsku? To powielana przez obecną ekipę rządzącą tendencja do myślenia, że nauką da się kierować jednolicie dla wszystkich dyscyplin naukowych.

A przecież to błąd. Jeżeli opublikowałbym badania dotyczące jakiegoś enzymu, to wyniki tych badań mogą zainteresować naukowców w Chile, USA, Korei – gdziekolwiek. Jeżeli natomiast opublikuję artykuł o zmianach w ustawie o szkolnictwie wyższym i nauce, to czytelników będę miał  przede wszystkim w Polsce.

Może kilku naukowców z zagranicy zajmuje się kwestią szkolnictwa wyższego porównawczo, ale to z kolei wymagałoby napisania innego artykułu, bo oni nie oczekują pogłębionej analizy przepisów tej ustawy. Publikacja musiałaby mieć bardziej ogólny charakter, bo czytać ją będzie osoba nie tak biegła w znajomości polskiego systemu prawnego.

 

Czyli nowe przepisy utrudnią rozwój naukowy?

Być może faktycznie program ministerstwa przyniesie efekty i w międzynarodowych bazach znajdą się polskie czasopisma naukowe, co jednak nie jest przesądzone.  Zarządzający bazą Scopus wymagają, by czasopismo, które trafia na  ich listę, już było cytowane w innych znajdujących się w tej bazie.

Przepisy rozporządzenia nie będą miały wpływu na zmianę tych warunków.  A skoro - jak wspomniałem - w bazie nie ma żadnych polskich czasopism prawniczych, to trudno będzie uzyskać odpowiednią liczbę takich cytowań.

A zatem prawnicy nie będą mieli wielu możliwości publikowania artykułów w czasopismach naukowych, a przecież to ma ogromny wpływ na karierę naukową, bo od takiej publikacji zależeć będzie np. otwarcie przewodu doktorskiego. Może dojść do sytuacji, gdy doktorant będzie miał gotową  rozprawę doktorską, a nie będzie mógł wszcząć procedury, bo na liście nie będzie polskich czasopism albo będzie ich tak niewiele, że na publikację w n ich trzeba będzie długo poczekać. Mam wrażenie, że przygotowując nowe przepisy ministerstwo wyszło z założenia, że wskoczymy na głęboką wodę, a potem sprawdzimy, czy umiemy pływać.

 

A co z ministerialnym programem wsparcia, czy nie przyczyni się on do wzrostu liczby polskich czasopism, w których będzie można publikować artykuły?

Mam co do tego poważne wątpliwości. Program eliminuje wydawnictwa prywatne, ponieważ wymaga zapewnienia otwartego dostępu. Tego warunku komercyjne wydawnictwa nie spełnią, bo ktoś musiałby im za to zapłacić. Z kolei finansowanie tego z subwencji  mogłoby zostać uznane za niedozwoloną pomoc publiczną i zakwestionowane przez Komisję Europejską. Kolejny problem to fakt, że jeżeli punktowane będzie tylko kilka czasopism, to wydawcy będą mogli zawyżać ceny publikacji, monopolizując rynek.

Zmiany to również spore koszty dla uczelni, których nie uwzględniono w przepisach. Jako dziekan podpisuję umowy na dofinansowanie publikacji monografii, są to kwoty idące w kilkanaście tysięcy złotych. Jeżeli wskutek wprowadzonych rozwiązań każdemu pracownikowi miałbym dać np. 200 Euro na publikację w czasopiśmie naukowym, to przy dwustu pracownikach  robi się z tego poważna kwota.

 

Czy ustawa wprowadza jakieś inne rozwiązania, które uważa pan za problematyczne?

Choćby kwestia restrykcyjnego podziału zajęć  dla studentów studiów stacjonarnych i niestacjonarnych. Wcześniej, gdy zdarzyło się, że zajęcia oferowane na studiach stacjonarnych i niestacjonarnych się pokrywały, a  zajęcia na studiach niestacjonarnych z jakiegoś powodu nie uruchomiono, to taki student za zgodą dziekana mógł odbyć zajęcia razem ze studentami  stacjonarnymi.

Nie da się tej samej liczby godzin zmieścić w ciągu dwóch i pół dnia co przez pięć pozostałych. A przecież w przypadku UJ takie podejście dawało dobre rezultaty, co pokazują wyniki egzaminów wstępnych na aplikację, na których nasi studenci studiów niestacjonarnych osiągają co roku ponadprzeciętny wynik, lepszy od absolwentów studiów stacjonarnych.

Rozumiem, że z punktu widzenia finansowania to mogło być problematyczne, bo w ten sposób finansujemy coś, za co student musiał zapłacić. Nie fair wobec studentów jest jednak  fakt, że zmiany wprowadzono już po tym, jak rozpoczęli studia. Zwłaszcza że mamy dać takiemu studentowi ten sam dyplom, więc powinien mieć możliwość skorzystania z  porównywalnej oferty programowej.

 

Czy uczelnie dostały jakieś dodatkowe środki na sfinansowanie dodatkowych kosztów organizacji studiów?

To w ogóle szerszy problem –w projekcie rozporządzenia dotyczącego kosztochłonności, od którego zależy późniejsze finansowanie kierunku, koszt kształcenia na kierunku prawo oceniono na jeden. Jako kosztowniejsze kierunki studiów oceniono natomiast politologię i nauki o administracji, którym przyznano współczynnik 1,5.   Trudno zrozumieć, dlaczego podjęto taką decyzję.

Nie przewidziano zwiększenia finansowania, a jednocześnie podwyższono kosztochłonność niektórych innych dyscyplin. Sprawia to, że w przypadku prawa, które nadal będzie miało współczynnik 1, de facto udział w  subwencji spadnie.

Chcemy, żeby nasi studenci uczestniczyli w międzynarodowych konkursach, żeby mieli dostęp do międzynarodowych baz danych, do zagranicznych książek. To wszystko kosztuje. To jest wynik myślenia , że na prawie  nauczanie sprowadza się do kredy, tablicy i kodeksu, a przecież tak nie jest.

Do tej pory trochę nadrabialiśmy braki w finansowaniu z pieniędzy uzyskanych od studentów studiów niestacjonarnych, teraz ich liczba jednak spada , więc tego typu łatanie dziury budżetowej będzie niemożliwe. Dotacja nie wzrośnie, skąd więc mamy brać pieniądze choćby na sfinansowanie dostępu do baz danych -  w przypadku niektórych zagranicznych baz danych  koszty licencji to nawet 40.000 Euro rocznie. Brak dostępu do takich materiałów mocno utrudni rozwój naszym studentom i naukowcom.