Zmiany minister edukacji zapowiedziała w tym tygodniu. Resort chce całkowitego odejścia  od prac domowych manualnych w klasach 1-3. Bo te - według MEN - zazwyczaj i tak wykonują rodzice. Barbara Nowacka wskazała też, że w klasach 4-8 prace domowe nie będą oceniane ani obowiązkowe, "co oznacza, że nauczyciel może zadawać, ale nie ma prawa tego oceniać". Według minister edukacji nie oznacza to, że dzieci nie będą pracować w domu - oznacza to jedynie, że: "nie będą godzinami zmuszone do odrabiania lekcji, które bardzo często właśnie wymagały pomocy rodzica, dodatkowych korepetycji". Projekt rozporządzenia w tej sprawie, udostępniono na stronie Rządowego Centrum Legislacji.

 

Praca domowa generowana przez Chat GPT>>

 

To nie jest materia, którą powinno się regulować rozporządzeniem

Zniesienie prac domowych to realizacja jednej z obietnic wyborczych Koalicji Obywatelskiej, która znalazła się wśród "100 konkretów" ogłoszonych w kampanii przez Donalda Tuska. Zmiana ma odciążyć uczniów, którzy - jak wskazują pomysłodawcy - są mocno przeciążeni szkolnymi obowiązkami i nie mają czasu na odpoczynek. Zdania na ten temat są jednak bardzo podzielone.

- Dla mnie nie ma jednej odpowiedzi na pytanie o to, czy prace domowe mają sens, bo to zależy, od tego jakimi metodami i jak pracuje nauczyciel oraz jak do takiej pracy podchodzą uczniowie i ich rodzice - mówi serwisowi Prawo.pl Ewa Radanowicz, dyrektorka Wydziału Edukacji, Kultury i Sportu w Gminie Goleniów, wieloletnia dyrektor szkoły podstawowej. - Na tę chwilę nie wiemy, jaką treść będzie miało rozporządzenie, ale moim zdaniem sam pomysł, by w drodze przepisów wprowadzać zakazy, jest chybiony. Trzeba zdać sobie sprawę, że to, że nauczyciel nie zada pracy domowej, nie zwalnia ucznia z samodzielnej pracy i przygotowania się do lekcji. Oczywiście, ideałem i dla nauczycieli, i dla uczniów, jest to, by dziecko uczyło się tylko i wyłącznie na terenie szkoły, ale tak się nie da, bo wiedzę trzeba utrwalić - mówi. Dodaje, że taka decyzja wymaga - jej zdaniem - pogłębionych dyskusji o tym, jak ma wyglądać praca w szkole i poza nią. - Oczywiście są nauczyciele, którzy zadają za dużo i zdarzają się prace domowe, które nie mają sensu, zamiast drastycznych rozwiązań zalecałabym jednak dążenie do złotego środka i wypracowania dobrych praktyk w tym zakresie - mówi.

 

Polskie dzieci uczą się dużo, ale niekoniecznie skutecznie

Sceptyczny wobec pomysłu jest również Marek Pleśniar, dyrektor biura Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kadry Kierowniczej Oświaty. - Jest to realizacja obietnicy wyborczej, ale związany z tak wielkimi nadziejami nauczycieli nowy rząd nie powinien wdrażać swych obietnic bez poparcia szkół, jak zrobiła minister Zalewska, likwidując gimnazja. Moim zdaniem lepiej byłoby, gdyby poprzedzone zostało to szerszą dyskusją, a nie robione bezrefleksyjnie. Uważam, że prace domowe mają głęboki sens, no cóż, gdy mają sens. Czyli są zadawane w jakimś konkretnym celu. Zazwyczaj służą one powtórzeniu, utrwaleniu informacji lub wyćwiczeniu jakiejś umiejętności. Wtedy powtarzanie tabliczki mnożenia czy przepisywanie liter - jakkolwiek monotonne i często mało satysfakcjonujące - służy bardzo ważnym celom, bez tego nie da się ćwiczyć koordynacji neuronowej, utrwalać w pamięci wiadomości. Wolałbym by nowy rząd nie powielał błędów poprzedniego i w większym stopniu ufał nauczycielom, a nie dążył do ograniczenia ich autonomii - mówi Prawo.pl Marek Pleśniar.

 

Faktycznie jednak badania PISA 2022 pokazują, że polscy piętnastolatkowie więcej czasu spędzają na nauce w domu, niż ich rówieśnicy w krajach OECD. Jednocześnie odnotowują bardzo niski poziom satysfakcji - jeden z najniższych wśród przebadanych krajów, co pokazuje, że zmiany w edukacji są potrzebne. Pytanie, czy akurat te.

 

Nierówności zmaleją?

- Według mnie to populistyczna zmiana i zastanawiałbym się, czy dążeniem w tę stronę nie robimy młodszemu pokoleniu krzywdy. Znów podkreślę - myślę tu o sensownych pracach domowych. Zdaję sobie sprawę, że świat poszedł do przodu, że wszelką wiedzę mamy na wyciągnięcie ręki, ale nawet praca ze sztuczną inteligencją, odpowiednie zadawanie jej pytań, weryfikowanie informacji, wymaga od nas pewnych zasobów, punktów odniesienia - wskazuje. - Tymczasem my zdajemy się od tego odchodzić. Trzeba też zastanowić się, co z umiejętnością samodzielnej pracy - nie każdy wie, jak to robić i jeżeli decydujemy się na zniesienie prac domowych, to musimy się zastanowić, jak wyrabiać w uczniach takie umiejętności, bo bez nich trudno im będzie choćby na studiach - podkreśla. Marek Pleśniar wskazuje także, że w dyskusjach często ścierają się argumenty, że postęp technologiczny sprawił, że nie potrzebujemy już tylu informacji, co kiedyś, za wyjątkiem jednak pewnych zawodów - jak np. te medyczne, gdzie - nawet najwięksi zwolennicy zniesienia ocen, egzaminów, prac domowych - wskazują, że pewne standardy muszą zostać zachowane. - Tyle że, czy takie różnicowanie w istocie nie prowadzi do tego, że powstanie przepaść pomiędzy wykształconymi elitami a resztą społeczeństwa? - zastanawia się.

 

Dorota Łoboda, posłanka Koalicji Obywatelskiej uważa, że tak nie będzie, bo zadawanie i ocenianie prac domowych przyczyniało się właśnie do pogłębienia nierówności. - Teraz jest tak, że ta część dzieci, którym rodzice pomagają odrabiać lekcje, dostaje lepsze oceny za pracę domową niż ich rówieśnicy, którzy takiej pomocy nie otrzymują, więc już pod tym kątem powoduje to różnicowanie uczniów. Ale nie tylko - bywa, że nauczyciele traktują pracę domową, jako sposób na to, by uczniowie uzupełnili i samodzielnie nauczycieli się materiału, który powinien zostać zrealizowany na lekcjach - w rezultacie uczeń, który ma pomoc i możliwość przećwiczenia materiału z korepetytorem, jest na bieżąco, a ten, który nie ma takich zasobów, ma coraz większe zaległości. Likwidacja zadań domowych zniweluje te różnice, bo materiał w całości będzie omawiany na lekcjach - tłumaczy. Dodaje też, że uczniowie są obecnie zarzucani zadaniami domowymi, na co zwracał uwagę m.in. rzecznik praw obywatelskich, stąd postulaty, które teraz chce zrealizować Koalicja Obywatelska. - Uważam, że uregulowanie tego w formie rozporządzenia, pozwoli zlikwidować wątpliwości i uniknąć rozbieżności w interpretacji przepisów. Moim zdaniem nie ma co czekać z tymi zmianami, tym bardziej, że nie jest tak, że nie znamy zalet wprowadzenia takiego zakazu. Wiele szkół zdecydowało się na taką zmianę i okazało się, że takie rozwiązanie jest efektywne - wskazuje.

 

Marek Pleśniar jest zupełnie innego zdania. - Po pierwsze nie opieramy się na żadnych, polskich badaniach wskazujących na nieefektywność prac domowych. Po drugie, uważam, że w przypadku dzieci, które mają kapitał społeczny i kulturowy, to nic nie zmieni, rodzice nadal pomagać im będą w nauce, zaszkodzi tym dzieciom, które takich zasobów nie mają - jest spore ryzyko, że te nie będą robić nic. Co zabawne nie odciąży też za bardzo tych pierwszych, bo nadal będą chodzić na niezliczone zajęcia dodatkowe. Moim zdaniem to przekonanie o zbędności zadawania prac domowych wynika z takiego przewartościowania, że najważniejsze jest wszystko inne oprócz szkoły. Tymczasem dla dziecka obowiązki szkolne powinny być wyżej niż np. zajęcia dodatkowe - wskazuje.