Opublikowana w tym roku lista czasopism naukowych od początku budziła kontrowersje, wskazywano, że jest chaotyczna, a część periodyków umieszczono na niej arbitralnie, nie stały za tym bowiem żadne merytoryczne przesłanki. Dlatego też przy konsultacjach projektu nowelizacji rozporządzenia pojawiły się liczne postulaty zmian, w tym dotyczące stworzenia skutecznej procedury odwoławczej.

 

Nowa lista punktowanych czasopism - chaos i pogłębienie "punktozy">>

 

Zmiana identyfikatora i doboru czasopism

Nowelizacja rozporządzenia, która weszła w życie 3 grudnia 2019 r., nie wprowadza tak znaczących zmian, jak oczekiwałyby tego środowiska naukowe. Tworząc kolejne listy, nie trzeba już będzie angażować do tego kilkudziesięciu zespołów doradczych (tegoroczną listę tworzyły 44 takie ciała) w poszczególnych dyscyplinach naukowych.

Czasopismo otrzyma wstępnie 20 pkt, natomiast materiałom konferencji przypisywana będzie wstępna punktacja w zależności od kategorii z bazy CORE. Zmienił się również sposób punktowania periodyków przypisanych dla kilku dyscyplin naukowych - dotychczas ocena opierała się na wyliczeniu średniej arytmetycznej w oparciu o liczbę punktów przyznaną w każdej z dziedzin. Odbywało się to ze szkodą dla multidyscyplinarnych czasopism, bo nawet jeżeli były one poważane w jednej dyscyplinie, to przez marginalne znaczenie dla dyscypliny pobocznej były niżej punktowane.

Po zmianach Komisja Ewaluacji Nauki ustali punktację dla czasopism, jeżeli różnica wartości przypisanych punktów w poszczególnych dyscyplinach wynosi co najmniej dwa progi punktowe, a nie jak dotychczas – gdy różnica punktacji między dyscyplinami przekraczała dwa progi punktowe. Wprowadzono też zmianę techniczną, przyjmując, że recenzowane monografie naukowe oraz wykaz czasopism będą zawierały także, odpowiednio, Unikatowy Identyfikator Wydawnictwa oraz Unikatowy Identyfikator Czasopisma.

Konsultacje pro forma

- Zmiana rozporządzenia nie będzie miała istotnego znaczenia dla nauk prawnych. Nadal uznane czasopisma prawnicze - polskie i zagraniczne - nie będą mogły znaleźć się w wykazie - ocenia prof. Jerzy Pisuliński, dziekan Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego -  Konsultacje zostały przeprowadzone jedynie formalnie, bez rzeczywistej woli uwzględnienia stanowiska zainteresowanych środowisk naukowych, o czym świadczy fakt, że żadne uwagi zgłoszone w toku konsultacji nie zostały uwzględnione. W zasadzie można byłoby pominąć ten element procedury legislacyjnej - podkreśla prof. Pisuliński. Dodaje, że jego zdaniem pokazuje to, że Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego nie potrafi przyznać się do błędów, o czym świadczy krytyka wykazu czasopism ogłoszonego 31 lipca 2019 r.

 

 


 

Profesor Pisuliński tłumaczy, że nie zostały uwzględnione nawet rozsądne uwagi, które mogłyby naprawić błędy popełnione przy tworzeniu tego wykazu. Co więcej wskutek nowelizacji  KEN aktualizując listę, nie ma obowiązku zasięgania opinii ekspertów z danej dyscypliny, co prowadzić może do przypadkowych rozstrzygnięć.

- Dowodzą tego decyzje podjęte przez ten organ przy tworzeniu obowiązującego wykazu. Ministerstwo nad dbałość o to, aby ocena parametryczna dyscyplin naukowych była przeprowadzona w rzetelnej procedurze, opartej na istotnych kryteriach i informacjach, przedkłada szybkość procedowania nad jakość oceny. To się może skończyć procesami przed sądami administracyjnymi, które mogą kontrolować procedurę tworzenia aktów prawnych, na których oparte zostaną przyszłe rozstrzygnięcia ministra - tłumaczy prof. Pisuliński - Decyzja ustawodawcy, aby określać zasady oceny parametrycznej w połowie okresu, w którym podlegają ocenie osiągnięcia naukowe uczelni, narusza zasady zaufania do państwa. W państwie prawa byłoby to nie do pomyślenia - konstatuje.

 

Polskie czasopisma bez szans

Podobnego zdania jest Włodzimierz Albin, prezes Polskiej Izby Książki, która zgłosiła liczne uwagi do projektu rozporządzenia.
- Mimo zdecydowanej krytyki przyjętego przez ministerstwo „rankingu wydawnictw” oraz krytycznych uwag wobec nowej wersji przepisów, ministerstwo podtrzymuje swoje rozwiązania. Tworzenie tego rodzaju list bez czytelnych kryteriów oceny czasopism naukowych, a także bez jasnej procedury w jaki sposób czasopisma mogą znaleźć się na liście lub podwyższyć swój status na niej, jest zaprzeczeniem dobrze funkcjonującego sytemu zarządzania nauką. Powoduje uznaniowość, posługiwanie się kryteriami politycznymi, lokalnymi lub nawet ideologicznymi, co dla każdego czytającego tę listę jest aż nadto widoczne - podkreśla prezes PIK.

Dodaje, że najbardziej poszkodowane dziedziny to nauki społeczne i humanistyka, bo przez taką konstrukcję przepisów i samego wykazu, naukowcom nie opłaca się publikować w polskich czasopismach, a żadne nowe nie powstanie, bo nie ma szans znaleźć się w wykazie. Zdaniem Włodzimierza Albina z działań ministerstwa w tej materii przebija lekceważenie polskich wydawnictw i czasopism, co wydaje się dziwne zwłaszcza w kontekście prowadzonej polityki kulturalnej państwa.
- Rozumiemy konieczność racjonalizacji wydawania publicznych pieniędzy przeznaczonych na naukę oraz zachęcania polskich naukowców do publikacji wyników swoich badań w czasopismach naukowych o zasięgu globalnym. Przyjęte rozwiązanie pokazuje jednak ogromny brak zaufania biurokracji zarządzającej polską nauką do polskich naukowców i wyższych uczelni tak, jakby nie wiedzieli oni które czasopisma są dobre, a które złe, a także nie chcieli publikować w "Nature" czy "Lancecie" - tłumaczy - Oczywiście, że z patologiami, takimi jak publikowanie w dziwnych, nieznanych wydawnictwach czy pozorowanie pracy naukowej, należy walczyć. Są jednak lepsze metody niż otoczenie wszystkich drutem kolczastym tego ciągle szokującego rozporządzenia. Przede wszystkim powinna to być odpowiedzialność osób zarządzających placówkami naukowymi, gdzie i jak publikują pracujący w nich naukowcy. Istnieją dziedziny, których nie da się kontrolować za pomocą szczegółowych przepisów, a takie próby są dla nich bardzo szkodliwe - dodaje Włodzimierz Albin.

 


 

Większa kontrola nad nauką

Na aspekt związany z kontrolą zwraca też uwagę prof. Grzegorz Krawiec z Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie.

- Nowe identyfikatory, i różne inne sposoby reglamentowania ułatwiają znacznie kontrolę nad wydawnictwami i czasopismami. Bo chyba taki jest jeden z celów nie tylko nowelizacji przedmiotowego rozporządzenia, ale całej reformy szkolnictwa wyższego: by zwiększyć kontrolę nad ogromnym i różnorodnym obszarem nauki i szkolnictwa wyższego - ocenia prof.  Krawiec.

Zwraca uwagę na nowe brzmienie przepisu dotyczącego momentu, na który ujmuje się czasopisma naukowe oraz materiały z konferencji międzynarodowych.

- W dotychczasowym stanie prawnym – według tego przepisu w poprzednim brzmieniu –  ujęcie czasopism naukowych oraz recenzowanych materiałów z konferencji międzynarodowych w bazach ustalało się według stanu na ten sam dzień. Był to więc w miarę zobiektywizowany sposób ujęcia czasopism naukowych. Zaś w nowym stanie prawnym ujęcie czasopism w bazach ustala się według stanu na dzień określony przez ministra właściwego do spraw szkolnictwa wyższego i nauki - tłumaczy prof. Krawiec.  Podkreśla, że choć wykaz czasopism i wydawnictw nie przybiera formy decyzji administracyjnej, to jego znaczenie jest ogromne i z tego powodu powinien istnieć tryb weryfikacji rozstrzygnięcia ministra.

- Uwagi zgłaszane w trakcie konsultacji projektów ustaw i rozporządzeń w zakresie szkolnictwa wyższego i nauki na ogół nie były uwzględniane. Same zaś konsultacje były krótkie, często w okresach wakacyjnych; nie spełniały więc swojej roli. Wprowadzenie dodatkowych zmian w przedmiotowym rozporządzeniu o ewaluacji spowodowałoby, że ewaluacja miałaby „ludzką twarz”. W obecnej formie ewaluacja jawi się nie tyle jako ocena, lecz jako bezduszny mechanizm mający ograniczać i kontrolować naukę. Nie chodzi w niej zatem o dobro i wolność nauki - dodaje prof. Krawiec.