Podczas zorganizowanej przez Fundację im. Stefana Batorego środowej debaty "Wybory 2014 – czego się dowiedzieliśmy" Jarosław Flis z Uniwersytetu Jagiellońskiego przedstawił dane, dotyczące oddanych w tych wyborach głosów nieważnych. Wynika z nich, że o ile w kilku poprzednich wyborach liczba głosów nieważnych była względnie stabilna, o tyle w 2014 roku znacznie się zwiększyła. W 2010 roku liczba głosów nieważnych w wyborach do sejmików stanowiła ok. 12 proc.; w tym roku prawie 18 proc.

Można było także, według Flisa, zaobserwować związek między wzrostem głosów nieważnych a liczbą głosów oddanych na PiS w wyborach do sejmików - tam, gdzie było dużo głosów nieważnych, nie wzrastało poparcie dla PiS. Natomiast nie było wyraźnej zależności między głosami nieważnymi, a poparciem dla PSL.

Flis zaznaczył, że nie można wyciągać z tego jednoznacznych wniosków, choć mogłoby to potwierdzać najbardziej rozpowszechniony w opinii publicznej domniemany mechanizm fałszerstw - dostawianie na pierwszej stronie sejmikowej książeczki krzyżyka na PSL, co powodowało, że jak krzyżyk był już postawiony przy innej partii, głos stawał się nieważny, a jak nie był postawiony wcale, stawał się głosem na PSL.

Flis relacjonował też, że np. w Małopolsce dwukrotnie wzrosła liczba głosów nieważnych w wyborach do rad powiatów. Tam też była książeczka, z tym że kandydaci PSL startowali niejednokrotnie z komitetów lokalnych, a na pierwszej stronie były listy PiS. Jednocześnie zaobserwowano wzrost poparcia dla PiS w tych wyborach. "To jednoznacznie wskazuje, że coś z tą książeczką i pierwszą stroną jest na rzeczy" - mówił Flis.

Jak podkreślił, wyniki tegorocznych wyborów samorządowych "będą długo analizowane". "Mam nadzieję, że trafią do formaliny w instytucie patologii wyborczej" - zaznaczył.

Na co innego zwracał uwagę Maciej Gdula z "Krytyki Politycznej". Jego zdaniem wybory są przeprowadzane przez "zbyt złożony aparat, by łatwo było zrobić fałszerstwo". Tym niemniej - mówił - pokazały głęboki kryzys państwa.

Według Gduli jednym z wniosków z tych wyborów jest konstatacja, że rządzące struktury przestały wygrywać. Dowodzą tego - jego zdaniem - porażki urzędujących od wielu kadencji prezydentów dużych miast. Innym zjawiskiem widocznym po tych wyborach jest słabość reakcji przywódców na widoczny kryzys państwa, twierdzących, że nic się nie stało.

"Jestem zdziwiony, jak słabym liderem okazał się Bronisław Komorowski, jak słabą liderką okazała się Ewa Kopacz" - mówił Gdula. "Mam wrażenie, że to już koniec tego układu, to przestaje działać" - dodał, zaznaczając, że jego zdaniem z obecnym układem politycznym będzie tak jak ze spadającymi w przepaść w kreskówkach. "Jak znajdują się nad przepaścią, jeszcze jakiś czas biegną, po czym spoglądają w dół i spadają" - porównywał publicysta "Krytyki Politycznej".

Nieco odmienne wnioski wysunął Rafał Matyja z Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie. Jego zdaniem PiS, mimo matematycznego zwycięstwa, wyraźnie przegrało te wybory, bo będzie rządzić tylko w jednym sejmiku - podkarpackim. Wygrała je generalnie "wielka partia kontynuacji", a nie "wielka partia zmiany". To, zdaniem Matyi, będzie miało wpływ na najbliższe lata w polskiej polityce, bo wszyscy wiedzą, "że to PO z PSL rządzące w sejmikach będą rozdawać środki europejskie".

Anna Materska-Sosnowska z Uniwersytetu Warszawskiego broniła członków obwodowych komisji wyborczych, którzy przez wiele godzin musieli pracować za 300 zł. Jej zdaniem posądzanie ich o fałszerstwa jest niewłaściwe. Podobnie jak postulowana przez niektórych zmiana formuły Państwowej Komisji Wyborczej, ze składającej się z sędziów na częściowo wybieraną przez Sejm. Postulat taki zgłosił np. wypowiadający się jako słuchacz debaty historyk i politolog Antoni Dudek.

"Trzeba odróżnić PKW od Krajowego Biura Wyborczego, odpowiadającego za organizację wyborów" - przekonywała Materska-Sosnowska. Jej zdaniem trzeba zreformować KBW, natomiast PKW pozostawić w obecnej formie. Przyznała jednocześnie, że wprowadzanie nowego systemu informatycznego akurat na najbardziej skomplikowane wybory samorządowe "było samobójstwem".

Także wypowiadający się jako głos z sali socjolog Tomasz Żukowski zwracał uwagę, że 10 dni po wyborach PKW nie dysponuje jeszcze pełnymi elektronicznymi wynikami. Jego zdaniem konieczne jest dokładne przedstawienie rodzajów głosów nieważnych, a także wprowadzenie przed następnymi wyborami zasady równoległego liczenia głosów - elektronicznego i ręcznego.

Prowadzący debatę członek zarządu Fundacji Batorego Mirosław Czech opowiadał, że niedawno wrócił z Ukrainy, gdzie jedną z form prowadzenia "wojny hybrydowej" było zakłócanie przez rosyjskich hakerów liczenia głosów w wiosennych wyborach prezydenckich. Dlatego, jeśli prawdą jest, że program informatyczny dla PKW pisała 23-letnia studentka, to "szef Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego powinien się natychmiast podać do dymisji" - powiedział Czech.

Czech nie zgodził się też z postulatem zmiany formuły PKW, bo to, że składa sie ona z sędziów, jest jednak gwarantem bezstronności. Gdyby miała składać się z nominatów politycznych, "nikt by już nie wierzył w żadne wyniki". Przyznał też, że duża liczba głosów nieważnych w wyborach do sejmików mogła wynikać też z faktu, że ci, którzy głosowali na lokalne komitety w wyborach do rad gmin i powiatów, nie wiedzieli kogo poprzeć w wyborach do sejmików. Wrzucali więc pustą kartkę. Tak właśnie było, zaznaczył Czech, w pierwszych wyborach do sejmików w 1998 roku, które obserwował jeszcze jako sekretarz generalny Unii Wolności.

Należałoby więc, jego zdaniem, rozważyć postulat, czy nie rozdzielić wyborów do rad gmin i powiatów z wyborami do sejmików, i tych ostatnich nie przeprowadzać np. z wyborami parlamentarnymi.

Awaria systemu informatycznego PKW opóźniła podanie wyników wyborów. Ośmiu z dziewięciu członków PKW podało się do dymisji; odchodzi również szef KBW Kazimierz Czaplicki. (PAP)