Pomysł łączenia resortów ma swoje zakorzenienie w głębokim PRL-u. W latach 1966  – 1972 funkcjonowało Ministerstwo Oświaty i Szkolnictwa Wyższego; lata 1972 – 1987 to już Ministerstwo Oświaty i Wychowania. 

Premier Mateusz Morawiecki zapewnił, że  żadnych ostatecznych decyzji kierownictwo polityczne jeszcze nie podjęło. Gdyby jednak podjęło, edukacja trafiłaby pod skrzydła jednego z wielu wiceministrów, jacy zapewne zostaną powołani, bo inaczej zarządzać tak gigantyczną instytucją się nie da.

Superminister to więcej autonomii dla szkół i uczelni

Profesor Zbigniew Marciniak, matematyk, ma duże doświadczenie w administracji rządowej. W latach 2007-2009 był podsekretarzem stanu w Ministerstwie Edukacji Narodowej; w latach 2009- 2012 - podsekretarzem stanu w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego. A obecnie przewodniczy Radzie Głównej Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Do sprawy superresortu pod wodzą Piotra Glińskiego podchodzi spokojnie, jak do kolejnego doniesienia medialnego, które za dwa dni może okazać się plotką.

 


- Dobrze pamiętam czasy, kiedy edukacja była połączona z nauką i sportem. Był wiceminister do spraw szkolnictwa wyższego, drugi do spraw sportu, dwóch wiceministrów ds. oświaty, jeden ds. finansów. W miarę dobrze to funkcjonowało - mówi profesor. - Tak naprawdę w obszarze kształcenia od ministra sprawy merytoryczne zależą w niewielkim stopniu. W szkolnictwie wyższym mamy konstytucyjnie gwarantowaną autonomię uczelni. W obszarze oświaty minister reguluje kwestie techniczne, jak np. kalendarz roku szkolnego czy ogólne ramy kształcenia - merytoryczna realizacja nauczania pozostaje w rękach nauczycieli. Sporadycznie minister potrafi narobić wiele szkód, np. zlikwidować gimnazja. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że ta decyzja została podjęta przy cichej aprobacie części nauczycieli szkół średnich, liczących na wydłużenie kształcenia na poziomie średnim. Tyle że otrzymali zupełnie inaczej przygotowanych kandydatów, niż wcześniej, co musi być teraz dla nich bardzo przykrą niespodzianką - dodaje.

Zdaniem Zbigniewa Marciniaka, paradoksalnie im większe ministerstwo, tym mniejsza moc oddziaływania na podstawową działalność, prowadzoną w szkołach i uczelniach.

Czytaj w LEX: Ważne terminy dla organów prowadzących - Sierpień 2020 >

Bogusław Śliwerski, profesor pedagogiki, członek Rady Doskonałości Naukowej I kadencji oraz były przewodniczący Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN, jest pewien, że rząd specjalnie raz w tygodniu wypuszcza jakąś wieść na temat łączenia resortów, żeby dowiedzieć się, co sądzą na ten temat eksperci i jaki jest odbiór społeczny.

Łączyć, ale w celu merytorycznym

- Połączenie Ministerstwa Edukacji z Ministerstwem Kultury i Dziedzictwa Narodowego nie byłoby złym pomysłem. Tak to funkcjonuje np. w Niemczech. Można też połączyć edukację ze sportem lub nauką. Wszystkie te resorty są zorientowane na służbę publiczną, szeroko pojętą edukację – mówi profesor. - Nie miałbym nic przeciwko łączeniu resortów, gdyby były ku temu podstawy merytoryczne uzasadnione strategią rozwoju edukacji. Tymczasem poszukuje się jedynie oszczędności. Zgadzam się, że polskie resorty są ponad miarę rozdęte, po dziesięć departamentów, mnóstwo dyrektorów i wicedyrektorów. To nonsens. Taka armia ludzi w niczym nie pomaga. Czas pandemii natomiast obnażył mizerię resortu edukacji, ba, pokazał, że nie jest on potrzebny – dodaje.

Czytaj w LEX: Konkursy na dyrektora szkoły w okresie pandemii - wzory  >

Zdaniem prof. Śliwerskiego z ekonomicznego punktu widzenia, to posunięcie słuszne. Tylko zastrzega, żeby za takimi zmianami nie poszło upartyjnienie polityki, co przy obecnej władzy wydaje się realne. I obawia się, że łączenie resortów będzie służyło zapowiadanej konieczności włączenia edukacji w tzw. „dobrą zmianę”.

Celem propaganda i wojna cywilizacyjna?

- Nie wiem, jak może być rozwiązana sprawa kuratoriów oświaty. Z pewnością będzie próba realizacji zapowiedzi, że szkoła ma wychowywać zgodnie z linią partii. W priorytetach polityki oświatowej na nowy rok szkolny już zapowiedziano wychowanie do wartości. Jeśli do tego dołożymy skrajnie prawicową wizję Piotra Glińskiego układanka się dopina - konkluduje profesor Śliwerski.

Dr hab. Filip Ilkowski, politolog z UW, podsumowuje pomysł superresortu krótko: Jeśli jest ziarno prawdy w doniesieniach medialnych, wyłania nam się "superministerstwo prawdy", tworzące elementy propagandy. - Nie mam wątpliwości, że tu bardziej chodzi o treść niż o formę. Rząd PiS chyba naprawdę wierzy, że prowadzi „wielką wojnę cywilizacyjną”. I to jest rzeczywisty problem – stwierdza Ilkowski.

Podobnego zdania jest dr Łukasz Polowczyk, filozof polityki, etyk. Jego zdaniem dwie kadencje rządów PiS pokazują w oczywisty sposób, jak partia dąży do napisania na nowo historii w wersji nacjonalistyczno – bogoojszyźnianej. – Wskrzesza m.in. kult kolaborujących z nazistami Narodowych Sił Zbrojnych, zwiększa militaryzację społeczeństwa, odrzuca modernizm wraz z prawami mniejszości seksualnych, ochronę kobiet przed przemocą w zachodnim stylu oraz zacieśnia sojusz z Kościołem katolickim w wersji Ojca Rydzyka – wylicza. - Robi to za pomocą skutecznej strategii stopniowania, krok po kroku, tak że zmiany są mniej zauważalne i łatwiej przyjmowane przez społeczeństwo. Pomysł ewentualnego superresortu doskonale wpisałby się w tę taktykę jako potencjalne narzędzie wychowania „nowego człowieka” PiS - konkluduje dr Polowczyk.