Demonstranci na kilka godzin zapełnili górną część położonego w sercu miasta Placu Wacława. Przybyli z całego kraju - do stolicy od rana zwoziły ich specjalne pociągi i autobusy.

Czeska policja szacuje, że w centrum zebrało się 80-90 tysięcy osób. Szef Czesko-Morawskiej Konfederacji Związków Zawodowych (CzMKOS) Jaroslav Zavadil twierdzi, że w proteście uczestniczyło nawet 120 tysięcy ludzi. "Nie oczekiwałem takiej frekwencji. To największy protest po 1989 roku" - oświadczył.

Jednym z głównych celów protestujących było wezwanie do dymisji centroprawicowego gabinetu i rozpisania przedterminowych wyborów parlamentarnych. Zdaniem demonstrantów rząd Neczasa w ciągu dwóch lat sprawowania władzy całkowicie się skompromitował, a jego reformy są krzywdzące przede wszystkim dla ludzi o niskich i średnich dochodach.

Protestujący przypominają, że centroprawica pozbawiła Czechów różnorodnych zasiłków, a także - wbrew swym zapewnieniom - podwyższyła podatki bezpośrednie i pośrednie.

W czasie demonstracji panowała atmosfera pikniku: uczestnikom serwowano piwo, gulasz i inne smakołyki. Oprócz transparentów nawołujących do powstrzymania rządu, widać było kolorowe balony, słychać piszczałki i wuwuzele. Z protestującymi fotografowali się turyści.

Protest oprócz różnych czeskich central związkowych wsparły organizacje emerytów, niepełnosprawnych, pacjentów, pracowników najemnych i studentów. Byli także związkowcy z innych krajów: Słowacji, Polski, Niemiec, Austrii i Francji. Wystąpienia liderów związków tłumaczone były na język migowy.

Wśród demonstrujących pojawił się też szef opozycyjnej Czeskiej Partii Socjaldemokratycznej (CzSSD) Bohuslav Sobotka. Zdaniem Sobotki rząd Neczasa w obliczu ciągłych kryzysów wewnętrznych całkowicie stracił wiarygodność, a reformy centroprawicy jedynie pogłębiają podziały w społeczeństwie. Jak podkreślił, także jego partia chce nowych wyborów.

Po głównym mityngu na Placu Wacława część demonstrantów przeniosła się pod siedzibę rządu. Kilkaset osób protestowało też pod siedzibą czeskiej telewizji publicznej pod hasłem "Media kłamią, rząd kradnie".

Premier Neczas oświadczył, że nie ma nic przeciwko protestom. "Jesteśmy wolnymi ludźmi w wolnym kraju i mamy prawo swobodnie wyrażać swoje zdanie, w tym niechęć wobec tego, co robi rząd. To element demokracji" - powiedział. Jednocześnie zarzucił socjaldemokratom i komunistom upolitycznienie demonstracji związków zawodowych.

"Ich interesy i środki są tożsame: chaos, negacja, kres niezbędnych reform, brak wiarygodnej alternatywy. To uważam za wielkie niebezpieczeństwo dla naszej gospodarki" - dodał premier Czech.

W kwietniu czeski rząd w ramach dalszych kroków obniżających deficyt budżetowy do 3 proc. PKB zapowiedział kolejne podwyżki podatku VAT, wstrzymanie rewaloryzacji emerytur w latach 2013-2014 i likwidację różnych zasiłków. Związki zawodowe wyliczyły, że przeciętny pracownik w Czechach rocznie straci na tym ponad 11 tys. koron (ok. 1850 zł).

Rząd Petra Neczasa w związku z rozłamem w najmniejszej partii centroprawicowej koalicji - Sprawach Publicznych (VV) - przechodzi najcięższy polityczny kryzys od chwili swego powołania w czerwcu 2010 roku. Ponieważ nie jest jasne, czy centroprawica zbierze bezpieczną większość w parlamencie, nie wyklucza się przedterminowych wyborów.

W tej chwili wybory byłyby dla centroprawicy rozwiązaniem bardzo niekorzystnym. Według ogłoszonych w środę wyników sondażu ośrodka CVVM, największym poparciem cieszy się obecnie opozycyjna Czeska Partia Socjaldemokratyczna (CzSSD), na którą głosowałoby 37 proc. respondentów. Za nią plasują się komuniści, którzy mogą liczyć na 20 proc. głosów.

Z Pragi Michał Zabłocki (PAP)

zab/ ksaj/ ro/