„Tylko nie na moim podwórku” – tak włoskie media podsumowują zanotowaną eskalację pikiet i demonstracji przeciwko różnym planowanym inwestycjom. Zjawisku temu nadano nazwę „Nimby”, która pochodzi od skrótu angielskiego sformułowania „not in my backyard”.

Protesty nasilają się - w zeszłym roku było ich więcej o 7 procent niż w 2011 - a rozwój gospodarczy zwalnia - podkreślają eksperci analizując raport i mapę buntów.

Na liście kontestowanych przez mieszkańców inwestycji są na przykład wielki projekt inżynieryjny MOSE, który w założeniach ma uratować Wenecję przed zalaniem, a także wciąż blokowana przez gwałtowne protesty i zamieszki budowa kolei dużych prędkości Turyn-Lyon w górach na północy kraju.

W rejonie Neapolu mieszkańcy nie zgadzają się na utworzenie wielkiego wysypiska, które rozwiązałoby poważny kryzys śmieciowy nękający regularnie to miasto.

Największy, jak wynika ze statystyki, sprzeciw ludności budzą inwestycje, związane z produkcją energii, w tym także odnawialnej. Drugie miejsce w klasyfikacji budzą wysypiska i spalarnie śmieci, a trzecie - infrastruktura, głównie transportowa.

“Syndrom Nimby” jest wyjątkowo głęboko zakorzeniony we Włoszech - odnotowano w analizie. Zauważa się, że pomysłodawcami akcji protestacyjnych są w ponad jednej trzeciej przypadków sami mieszkańcy. Występują z takimi inicjatywami również lokalne instytucje oraz politycy.