Nowelizacja dyrektywy w sprawie Europejskiego Systemu Handlu Emisjami (EU ETS) ma przyczynić się do osiągnięcia przez UE 40-proc. celu redukcji emisji CO2 w 2030 roku. Przepisy dotyczą okresu po roku 2020. Skonstruowano je w ten sposób, by firmom w UE bardziej opłacało się inwestować w efektywność energetyczną i technologie zmniejszające emisję, niż płacić za certyfikaty uprawniające do wypuszczania do atmosfery gazów cieplarnianych.

"Wyciągając naukę z lekcji, które odebraliśmy w ostatniej dekadzie, eliminujemy słabości systemu przez trzy główne zmiany. Po pierwsze zwiększamy tempo zmniejszania emisji po 2020 roku. Po drugie wprowadzamy bardziej ukierunkowane przepisy, aby europejski przemysł był bardziej konkurencyjny na świecie. Po trzecie dajemy impuls dla niskoemisyjnych innowacji" - mówił na środowej konferencji prasowej w Brukseli komisarz UE ds. klimatu Miguel Canete.

Przewidziano duże zmiany w systemie przydzielania darmowych pozwoleń. Z listy sektorów narażonych na ryzyko "ucieczki emisji", czyli mogących uciec poza UE przed restrykcjami polityki klimatycznej, ma zniknąć ponad 100 ze 177 branż, które teraz cieszą się przywilejami. Nowa lista ma być opracowana w 2019 roku na podstawie danych z lat 2013-2017 i nie zmieni się przez całą dekadę. Dotychczas lista była rewidowana raz na pięć lat.

Obecna lista 177 branż obejmuje ok. 97 proc. wszystkich unijnych emisji; reforma sprawi, że wypadną z niej branże niskoemisyjne, jak np. produkcja zegarków. Przedsiębiorstwa z sektorów, które zostaną na liście w grupie wysokiego ryzyka ucieczki emisji, dostaną darmowe uprawnienia. Jednak tylko te najbardziej efektywne będą mogły liczyć na to, że to, co dostaną, pokryje ich całe zapotrzebowanie na certyfikaty.

KE przewiduje bowiem stosowanie kryteriów (benchmarków), które określają standardową wydajność w danym sektorze i pokazują, ile trzeba wyemitować CO2, żeby wyprodukować np. tonę stali. 100 proc. darmowych ustaleń na emisje dostaną tylko te firmy, których wydajność będzie zgodna z ustalonym benchmarkiem.

Obecnie w UE funkcjonują 52 takie benchmarki, które opierają się na danych 2008 roku. KE zakłada, że każdy sektor przemysłowy dokonuje co roku postępu, dzięki któremu jego emisje spadają. Dlatego w projekcie zapisano, że każdy z benchmarków będzie aktualizowany tak, jakby następowała poprawa efektywności o 1 proc. Rokiem odniesienia, od którego będzie następowała aktualizacja, będzie rok 2008. Dzięki temu przemysł ma z wyprzedzeniem wiedzieć, ile pozwoleń na emisję będzie mógł otrzymać za darmo.

Przedsiębiorstwa, których efektywność będzie niższa niż ustalony poziom odniesienia, będą musiały dokupić pozwolenia na emisję na rynku wtórnym. Według KE ma je to skłonić do inwestycji w efektywność, np. w filtr na kominie, by mniej przeznaczać na certyfikaty emisyjne.

Jeszcze innym czynnikiem, który ma być brany pod uwagę w przyznawaniu darmowych zezwoleń, będą dane produkcyjne. KE przewiduje, że zostaną one zebrane z lat 2013-2017 i będą aktualizowane co pięć lat. Dotychczasowy system, opierający się na danych sprzed kryzysu, był krytykowany za przyznawanie darmowych zezwoleń firmom, które w wyniku spadku popytu obniżyły produkcję i nie potrzebowały certyfikatów; w rzeczywistości sprzedawały nadwyżki na rynku.

KE zaproponowała również fundusz modernizacyjny, który ma pomóc 10 najbiedniejszym państwom w UE, w tym Polsce, unowocześnić system energetyczny i pobudzić inwestycje przyczyniające się do zmniejszenia zużycia energii. Na ten cel przeznaczono ok. 310 mln pozwoleń na emisję, a środki z ich sprzedaży wesprą projekty w państwach członkowskich.

43 proc. z uzyskanej w ten sposób sumy (jej wysokość będzie zależała od ceny pozwolenia na emisję) zostanie przyznanych Polsce, co przełoży się na miliardy złotych na inwestycje w modernizację energetyki.

Fundusz modernizacyjny będzie zarządzany przez "radę inwestycyjną" i "komitet zarządzający". Rada będzie podejmowała strategiczne decyzje co do tego, na co pójdą pieniądze, a komitet będzie zarządzał codziennymi operacjami. W skład tych dwóch nowych instytucji wejdą przedstawiciele państw członkowskich, KE oraz Europejskiego Banku Inwestycyjnego.

Polska obawiała się, że zarządzanie funduszem przez KE i EBI sprawi, iż nie wszystkie projekty, jakie chciałaby realizować, mogłyby otrzymać wsparcie. Na czarnej liście mogłyby się znaleźć np. inwestycje, które byłyby w jakikolwiek sposób związane z wykorzystaniem węgla jako surowca energetycznego. Polscy dyplomaci przekonują jednak, że będziemy mogli z innymi krajami przegłosować realizację projektów, na jakich nam zależy. Jeśli EBI zarekomenduje odrzucenie jakiejś inwestycji, trzeba będzie zebrać 2/3 głosów państw członkowskich, a zainteresowany kraj nie będzie mógł brać udziału w głosowaniu.

Nasz kraj forsował prostsze rozwiązania, na które zresztą zgodzili się przywódcy na jesiennym szczycie klimatycznym, że zarządzanie funduszem będzie oddane beneficjentom, czyli państwom UE, które z niego skorzystają, a przy wyborze projektów rolę będzie odgrywał EBI.

Zgodnie z przedstawionymi w środę propozycjami Polska, a także dziewięć innych najbiedniejszych krajów unijnych, będzie mogła bezpłatnie przekazać część pozwoleń dla elektrowni. W przeciwieństwie do obecnego okresu rząd nie będzie mógł przeznaczyć ich komu zechce, a będzie zobligowany do organizacji licytacji dla elektrowni. Darmowe certyfikaty dostaną te elektrownie, których projekty inwestycyjne (w zamian za pozwolenia na emisję) ocenione zostaną najwyżej.

W ostatniej chwili zmieniono zapisy nowelizacji dyrektywy, które przewidywały, że tylko duże projekty z wartością przekraczającą 10 mln euro, będą wspierane z tych środków. Spełniony został tym samym postulat Polski, by możliwe było też finansowanie z tych środków mniejszych projektów.

KE przewiduje, że przedsiębiorstwa emitujące niewielką ilość gazów cieplarnianych (poniżej 25 tys. ton rocznie) mogą - tak jak to ma miejsce obecnie - nie uczestniczyć w systemie ETS.

"Reforma ETS zaprezentowana przez KE respektuje to, co wywalczyliśmy w październiku, ale dużo pracy przed nami" - napisał na Twitterze pełnomocnik rządu ds. polityki klimatycznej Marcin Korolec.(PAP)