"Chcemy odszkodowań", "Śmierć winnym" - wykrzykiwali demonstranci, idąc w kierunku ruin zakładów odzieżowych Rana Plaza pod Dhaką. W tłumie były osoby, które odniosły obrażenia w katastrofie sprzed roku i bliscy robotników, którzy ponieśli śmierć po zawaleniu się ośmiopiętrowego budynku.

Do protestu przyłączyły się rodziny 140 pracowników, którzy nadal są uznani za zaginionych. Domagali się pomocy od rządu w odnalezieniu ciał bliskich.

"Gdybym znalazło ciało córki, miałabym przynajmniej jakieś pocieszenie" - powiedziała ze łzami w oczach Minu Begum. Trzymała zdjęcie córki Sumi, która pracowała w Rana Plaza.

Organizacje pozarządowe i związki zawodowe skrytykowały 29 firm odzieżowych, w tym hiszpańskie Mango i włoskiego Benettona, które są podejrzewane o przenoszenie w pewnym momencie swojej produkcji do Rana Plaza.

"Te marki po raz drugi zostawiają pracowników samych sobie" - napisała w komunikacie Ineke Zeldenrust z organizacji Clean Clothes Campaign.

"Nie interesowały się zapewnieniem bezpieczeństwa w zakładach, w których się zaopatrywały, a teraz zostawiają bez pomocy ocalałych i rodziny, które straciły bliskich" - dodała.

W kwietniu 2013 roku na przedmieściach Dhaki zawaliła się fabryka Rana Plaza. Zginęło 1138 ludzi, a ponad 2 tys. zostały ranne. Katastrofa obnażyła fatalne warunki pracy i standardy bezpieczeństwa obowiązujące w fabrykach odzieżowych w Bangladeszu, które dostarczają produkty wielkim zachodnim markom.

Wydarzenia te zmusiły zachodnich dystrybutorów do przeprowadzania kontroli bezpieczeństwa, a rząd do podniesienia płacy minimalnej. Clean Clothes Campaign szacuje, że kwota potrzebna na odszkodowania to 40 mln dol. Tymczasem dotychczas przekazano jedynie 15 mln dolarów, a pierwszą część w wysokości 640 dol. rodziny i ranni otrzymali dopiero w tym tygodniu.

Polski oddział Clean Clothes (CCP) podkreślił, że w bangladeskich fabrykach "wciąż nie są przestrzegane standardy pracy, a szwaczki otrzymują głodowe płace". CCP przepytał prawie 100 osób szyjących ubrania w trzech fabrykach produkujących na zlecenie polskich firm odzieżowych LPP, Carry, Monnari i w przeszłości Redan. Z badania wynika, że warunki ich pracy odbiegają znacząco od standardów praw pracowniczych. "Szwaczki pracują w ciągłych nadgodzinach, często siedem dni w tygodniu, bez zwolnień w razie choroby i płatnych urlopów. (...) Płace nie wystarczają na podstawowe potrzeby. Nie mają ochrony związków zawodowych, zdarzają się wobec nich przypadki przemocy słownej i fizycznej" - czytamy w komunikacie na stronie CCP.

Bangladesz jest drugim, po Chinach, światowym eksporterem odzieży ze względu na tanią siłę roboczą. Przemysł ten zatrudnia 4 mln pracowników, głównie kobiet, i odpowiada za 80 proc. całego eksportu. Eksport, głównie do USA i Europy, przynosi rocznie ok. 22 mld dolarów. (PAP)